Weekendowo wśród przyjaciół czyli bierzcie dzieciaki i ruszajcie na spot!

17 lipca 2017

Relacja z najbardziej wyczilowanej imprezy wszechczasów

17 lipca 2017

Zero komunikacji czyli po co rozmawiać, jeśli można ponarzekać i zrobić zadymę?

17 lipca 2017
lidia piechota, extremama
Lidia Piechota, Zac Piechota, Extremama - surf party
Extremama - Lidia Piechota

Nie rozmawiamy, nie tłumaczymy, nie stawiamy się w czyjejś sytuacji. Potrafimy za to przewrócić oczami, „obrobić tyłek”, wyrazić dezaprobatę i oburzenie. Wyjątkowo dobrze umiemy zrobić to za czyimiś plecami. Obrzydliwe. I powszechne.

Znacie tę sytuację, kiedy dowiadujecie się, że ktoś Was obgaduje, opowiada o Was niestworzone rzeczy na bazie wyrwanych z kontekstu informacji? Nawet potraficie wydedukować co ta osoba wie, co usłyszała i dlaczego mówi teraz to, co mówi. Nie potraficie jednak zrozumieć dlaczego zamiast zapytać o to osobiście, snuje domysły, w które po chwili sama wierzy i robi z tych przesianych faktów gęste nieprawdziwe bagienko. Bardzo trudno przychodzi nam rozmawianie o rzeczach codziennych, grzeczne zwracanie komuś uwagi, zajęcie stanowiska w pozornie „nie naszej” sprawie lub wyrażenie pretensji bezpośrednio do osoby, której ona dotyczy. Niby nie powinno mnie to obchodzić, bo jestem dorosła i wiem, co robię. Potrafię opowiadać, wyrażać i mówię prosto z mostu. Grzecznie. Głównie dlatego, że potrzebuję być w zgodzie sama ze sobą. Nie potrafię inaczej, więc jestem szczera.

Martwi mnie jednak sytuacja miedzy dziećmi, na placu zabaw, na podwórku, pomiędzy młodymi ludźmi w różnym wieku. Martwi mnie, bo dotyczy też mojego dziecka. Myślę sobie więc o tym i dochodzę do wniosku, że „ryba psuje się od głowy”, więc trzebaby zacząć przemiany od dorosłych. Choć paradoksalnie dużo łatwiej jest przecież ulepić dziecko, niż „zepsutego” już staruszka. Tymczasem dzieci nie potrafią lub nie chcą artykułować swojego zdania, bo nie uczą ich tego dorośli . To zadziwiające stwierdzenie, ale doświadczam tego dziecięcego „werbalnego lenistwa” niemal za każdym razem, kiedy jestem z Zachariaszem wśród innych dzieci, w różnym wieku. O! Jeszcze wiek! Małe dzieci mają naturalny odruch wyrażania siebie. Potem ta umiejętność, zamiast się wzmacniać, słabnie. Chyba, że jest dobrze poprowadzona, przegadana z rodzicami i odpowiednio „gratyfikowana” – pochwałą, uśmiechem, wysoko przybitą piątką itp.

Pewnie, że każde dziecko jest inne i to jest właśnie w nas, ludziach, cudowne – każdy może być taki, jaki chce. Uwielbiam ludzi oryginalnych, wyróżniających się nie tylko ubiorem, ale też frywolnym uśmiechem od ucha do ucha albo otwartością umysłu i chęcią bezinteresownej pomocy. Takie osoby wykorzystują swój potencjał, nawet jeśli spotykają się ze zdziwionymi spojrzeniami z każdej strony. No i właśnie – mam takiego jednego zadziwiającego świat człowieczka w domu i widzę jakie jego odmienność powoduje sytuacje. Pewnie, że wiele osób zakwalifikowałoby „zachariaszowe” harce na placu zabaw jako niesubordynację albo „rozwydrzenie”, ale ci zapewne nie wychodzą ponad przeciętność nawet przy malowaniu oka na wieczorny bal albo przy serwowaniu mizerii do obiadu. Tymczasem widzę i słyszę, że otwartość, wieczne rozbawienie i towarzyskość Zachariasza z jednej strony zaskakują innych uczestników zabawy, a z drugiej irytują, bo nie przechodzą niezauważone. Jeszcze z trzeciej wzbudzają uwielbienie. I tę trzecią grupę reakcji kocham.

Widzę jak starsze o 2 lata dziewczynki najpierw uciekają przed rozbawionym, goniącym je blondaskiem, a za chwilę same stają tak blisko jak się da, żeby tylko znowu je zauważył. Niby męczące jest to, że Zac ma dużo energii i najpierw trzeba się nabiegać, żeby później zajął się czymś spokojniejszym, ale cudne jest to, że znajdują się dzieci, które mu wtórują, które cieszą się, że jest ktoś, kto nie marudzi, nie robi afery, gdy się przewróci i co chwilę ma jakiś nowy pomysł.

Robi mi się przykro, gdy Zac grzecznie dostosowuje się do zabawy wymyślonej przez starszaki i np. siedzi po turecku w kółeczku, biega, gdy biegają inni i … nagle zostaje sam, bo reszta ekipy złośliwie mu uciekła. Bez słowa wytłumaczenia. Ot tak. Nie skumali małolata, więc poszli w pizdu. Potem okazuje się, że „przypadkiem” Zac oberwał, rozpłakał się, a dzieci uciekły … ze strachu, bo bały się mojej reakcji. Dlaczego? Przecież to było przypadkiem, w zabawie. Wystarczyło przyjść i wytłumaczyć. Można przecież powiedzieć „proszę pani, Zac przez przypadek dostał w głowę, ale wszystko jest OK, przepraszam, chodź Zac …”. Zresztą, akurat w przypadku Zachariasza, nie trzeba w ogóle mnie w to włączać, on nie zanosi się płaczem „dla zasady” i chętnie wraca do zabawy nawet z siniakiem pod okiem.

Zdarza się, że dzieci przybiegają do mnie i mają pretensje, że Zac sypie piaskiem albo, że „bije”. Uśmiecham się zwykle pod nosem, bo wiem, że Zachariasza bardzo łatwo jest oskarżyć o cokolwiek, bo się nie wytłumaczy. Nie potrafi jeszcze tak dokładnie zwerbalizować złożoności sytuacji, więc można trochę „pościemniać” w relacjonowaniu. Dzieje się tak często i nie robię z tego dramatu. W sytuacji konfliktu mówię Z „Kochanie, powiedz jak to było, opowiedz, bo nie rozumiem …”. Staram się nie oceniać, nie opierdzielać, a zadaję pytania „z kim się pokłóciłeś?”, „chcesz się jeszcze bawić?”, „idź, przybij pionę i jest OK”, a gdy krnąbrna małolata twierdzi, że Zac robi coś czego ona sobie nie życzy to najpierw pytam „a powiedziałaś mu to?”. Zwykle mówię dzieciakom „macie się dogadać, a nie skarżyć”. No i zawsze musi paść słowo PRZEPRASZAM. Wypowiedzenie go to wyjątkowo trudna sztuka. Ja nie odpuszczam. Zac przeprasza, gdy przypadkiem (lub nie) sypnie kogoś piaskiem albo nadepnie na stopę. To normalne, prawda? Niestety okazuje się, że nie.

Rozśmiesza mnie, gdy słyszę,  że Zac „skoczył na brzuch” 8-latkowi i „nie chce przeprosić”. Zac ma 5 lat i słucha co się do niego mówi. Nie ma w zwyczaju używać siły. Jest jednak chłopcem i pewnie pięści idą w ruch z … bezradności. Szczególnie, gdy ktoś mu powie coś bardzo niemiłego, a on nie może się w ten sam sposób odegrać. Dzieci bywają okrutne, bo tego okrucieństwa uczą je dorośli. Wiedzą jak nastraszyć młodszego i jak zagrozić czymś absolutnie przerażającym. Zac uczy się tego nieznanego zjawiska na podwórku, w grupie, na wakacjach, bo w domu nie doświadcza agresji w żadnej formie. Uczę Zachariasza, że nawet, kiedy trudno się dogadać, należy spróbować to zrobić. Dzieci szybko zapominają o swoich konfliktach, więc nie ma co ich demonizować. Wspaniale, gdy w bandzie przeciętnie lubiących się smyków znajdzie się bratnia dusza, która chętnie posłucha, zrozumie i prawdopodobnie zostanie przyjacielem na dłużej. Nie podoba mi się, gdy starsi wykorzystują swoją przewagę i psychicznie męczą maluchy, które z bezradności zanoszą się płaczem i biją niemal na oślep. Staram się doprowadzać do spokojnej konfrontacji. Zwykle jest to sukces, chyba, że osobnik jest tak wystraszony, że rzuca jakimś wulgaryzmem i znika.

Nie jest fajnie, gdy małolaty lecą do mnie z pretensjami, że „Zac zdeptał im telefon” … „Hmmm, gdzie zdeptał? specjalnie?”, „no tu na trampolinie!”… „przynosisz telefon na trampolinę, kładziesz go na ziemi i masz pretensje do mnie, że mój 5-letni syn nadepnął na twój telefon?! co ja mam w tej sytuacji zrobić?”. Dziewczę podnosi lament i mocno gestykuluje. … Potem się jeszcze okazuje, że w sumie to ona nie widziała, że on zdeptał, ale nikogo innego tam nie było …

Albo sytuacja ze skateparku. Absurd. Zac jeździ na rowerze. Ma nowy duży rower, więc nie śmiga jak kiedyś na biegówce, ale nie stroni od innych chłopaków. Ma kask. Ja stoję obok, chodzę za nim, bo wiem, że „ziomeczki” jeżdżą jak szaleni i nie chcę, żeby ktoś w niego wjechał lub żeby on wjeżdżał komuś pod nogi. Słyszę „proszę pani, proszę zabrać stąd dziecko, to nie plac zabaw!”… Nie odzywam się, bo w sumie akurat miałam zamiar zmienić miejsce jazdy z synem … „co?! zatkało kakało?!” … WTF?! … Młodzież na skateparku do mnie takie teksty? Wiem, że czasem wyglądam jak „ziomek”, ale bez przesady … Potem drugi młodzieniec podbija i dokłada swoje, że mam się przesunąć, bo mu przeszkadzam, bo on jedzie właśnie tym torem, na którym ja stoję obok Zachariasza, którego właśnie przekonuję do tego, żeby wyszedł z bowla (basen na skateparku). Odpowiadam więc, że „mój syn może tu jeździć tak samo jak oni”, na co oni, żebym przeczytała regulamin … Idę więc i czytam i wychodzi na to, że Zac po skateparku może jeździć, ale oni nie…, bo nie mają kasków! Swoją drogą, nie wiem jak ktokolwiek może na to pozwalać. Idę więc do ochroniarza i mówię „proszę pana, ci młodzi ludzie niegrzecznie się zachowują, wyganiają moje dziecko ze skateparku, do tego jeżdżą bez kasków”. Pan ochroniarz stara się wywiązać ze swoich obowiązków, ale zostaje zakrzyczany przez tłum małolatów. Wielki groźny facet i banda krzyczących najmądrzejszych na świecie dzieci. Masakra. Gdzie te czasy, kiedy gdy dorosły mówił, małolaty słuchały i nawet dla świętego spokoju zgadzały się ze starszym?! Gdzie słowo „przepraszam” było naturalnym odruchem, gdy się coś „odwaliło”? Nie mam ochoty uczestniczyć w tym cyrku. Idziemy z Z w swoją stronę i słyszę potem jeszcze, że gówniary wczytują się w regulamin i analizują czy na tego rodzaju rowerze, na którym jeździ Zac można na skatepark wjeżdżać … Smutne. Sama też byłam taka bezczelna?

Na szczęście wyjątki potwierdzające regułę dają nadzieję na to, że każdy znajdzie sobie niszę i towarzystwo warte uwagi. Na naszym podwórku mamy gromadkę dzieciaków w różnym wieku. Wpada pomiędzy nich Zac. Najpierw słyszę szepty … „eeej, to jest chłopak czy dziewczyna?”… Po chwili podchodzi Natalia, lat na oko max 6 … „proszę pani to jest chłopak?”… Odpowiadam, że tak 🙂 Podjeżdża najstarszy z ekipy chłopak „ale włosy to ma naprawdę super”. LOVE <3 Potem akcja, bo Zac bawi się ze swoim rówieśnikiem i goni małego Kubę jako potwór … Kuba zaczyna płakać… Ze strachu. Podchodzę, wyjaśniam. Kuba odpowiada na moje pytania, nie dramatyzuje, bawią się dalej … Fajne te dzieciaki z podwórka. Zero dymu. Zac dzieli się swoimi klockami Duplo z Kubą… Chłopaki wkręcają się w klimat. Super. Uffff, można? Można.

Siedzę i cziluję na ławeczce. Chwila dla extreMatki. Podbija Natalia – „Widziała pani takie dwie dziewczyny i dużego chłopaka?… Bo oni mnie gonią … Wie pani, oni mówią, że ja się kocham w jednym chłopaku… a ja się kocham w innym …”. Nadchodzi goniąca banda. Natalia ucieka. To taka zabawa. Bez traumy. Bo Natalia chętnie opowiada o co jej chodzi. Swoją drogą, jak oni mogą myśleć, że ona się kocha w tym pierwszym?!

Leave a comment