Safari, kolega taty i ludzie lasu czyli Extremama w polskim Aspen

16 stycznia 2017

Mowa mojego dziecka to nie tabu.

16 stycznia 2017

Euforia bliskości czyli Zac, snowboard & Szwajcaria.

16 stycznia 2017
lidia-piechota-extremama-szczyrk
zac - extremama - hotel marina club
Zac w Szwajcarii Bałtowskiej

Oto rzecz o tym jak chciałam pojeździć i w sumie nie pojeździłam, ale i tak wpadłam w euforię. Z miłości, radości i wspólnej zajawki. Bałtów zaserwował nam perfekcyjne warunki do rozpoczęcia przygody Zachariasza ze SNOWBOARDEM!

Mieliśmy jechać w góry, ale tak wyszło, że nie pojechaliśmy. A matkę nosiło. Bo generalnie ostatnio mnie nosi. Najchętniej cały czas siedziałabym na stoku albo w jakiejś sali treningowej. Tylko w ruchu czuję się komfortowo. Tylko wysiłek fizyczny sprawia, że mogę się potem skupić i zrelaksować. Dlaczego? Bo tak. To temat na inną opowieść. Skoro jednak tak jest, staram się słuchać własnego organizmu i animować czasoprzestrzeń. Żeby nikogo nie zamordować 😉

Padło na Bałtów – bo blisko, bo są atrakcje dla dzieci, bo już znam to miejsce i wiem, że oddaje dobrą energię. Nie pomyliłam się. Kompleks turystyczny w Bałtowie oferuje coś dla każdego i to w logistycznym ładzie, który ja w swej chaotycznej naturze uwielbiam. Przeciwieństwa się przyciągają, zaiste. Byłam zatem gotowa, żeby pojeździć nieco, choć stoki Szwajcarii Bałtowskiej nie są najdłuższe. Są za to dobrze przygotowane i otoczone przyjazną infrastrukturą.

Ale Carlosowi fura zamarzła, ale dotarliśmy nieco później niż zakładaliśmy, ale nieco pokonał nas zbyt ambitny plan. Te „ale” sprawiły, że nie pojeździłam…, a jednocześnie wyjazd zapamiętam na zawsze.

Extremama - Bałtow - Zac

Szwajcaria Bałtowska ma idealnie zaopatrzoną wypożyczalnię sprzętu, także dla najmłodszych. Wiedziałam, że chcę, żeby Zac nauczył się jeździć na snowboardzie. Wiedziałam, że być może najpierw powinien spróbować na nartach. Myślałam, że może przetestować jedno i drugie. Tymczasem ja na nartach nie jeżdżę. Chyba potrafię, ale jakoś nie mam ochoty tego sprawdzać. Dawno nie jeździłam na dwóch deskach. Tymczasem na snowboardzie czuję się swobodnie. Wchodząc do wypożyczalni w Bałtowie wiedziałam, że wezmę Zachariaszowi dechę głównie dlatego, że buty snowboardowe są wygodne i nawet jak nie będzie chciał jeździć, to może w nich swobodnie chodzić. To był bardzo mroźny dzień, więc prawdopodobieństwo marudzenia wskutek niesprzyjających warunków atmosferycznych było duże. Nie potrzebowałam dokładać do tego niewygodnych narciarskich butów i nart, na których z nim nie zjadę będąc przypięta do snowboardu. Perspektywiczne myślenie matki zawsze w cenie, nieprawdaż? Jak zobaczyłam śliczne butki i deski Burtona dla dzieci utwierdziłam się w słuszności swojej decyzji. Rozmiar 30 okazał się idealny, a Zac natychmiast wyraził chęć udania sie na stok w celu sprawdzenia swoich umiejętności.

Byłam tą postawą szczerze zaskoczona, bo przecież mój syn raczej nie zwraca uwagi na liczne deski i decki znajdujące się w naszym domu, gdyż są dla niego naturalnym otoczeniem i nie robią na nim wrażenia. Woli jeździć na rowerze. Tym razem zdecydowanie ZAPRAGNĄŁ JEŹDZIĆ NA SNOWBOARDZIE. Wow! Nie mogłam się tego doczekać tak samo jak on. Zanim nabyłam bilety na wyciąg, Zac już … zjeżdżał. Pod okiem wujka Pawła i cioci Magdy stał na desce i radośnie przemieszczał się po oślej łączce. Widok wspaniały! Nie było to wielkie jeżdżenie, nie było w tym krawędziowania, ani wypracowanego balansu ciałem. Była radość, skupienie i chęć doświadczania. Mistrzostwo!

Postanowiliśmy wjechać na górę wyciągiem krzesełkowym. Była to niezła przygoda biorąc pod uwagę, że Carlos miał wpiętą dechę, na której nigdy w życiu nie jeździł, JJ (Carlosa syn) zdecydował się na narty, a też nigdy tego nie robił. Do tego był Miko – pierwszy raz na desce oraz rodzice Mikołaja – Magda i Paweł, którzy na szczęście dzielili jedną dechę, więc jedno z nich pomagało naszej „grizłoldowej” paczce. Wyższa logistyka wjazdu wyciągiem została wypracowana i cel udało się osiągnąć. Pomogli pracownicy wyciągu.

Skoro już wylądowałam na szczycie góry z moim małym snowboardzistą, pozostało mi z niej zjechać. Wiadomo, że nie puszczę Z samego w dół stoku, ani nie wytłumaczę mu w 5 minut co ma robić tak, żeby nagle zrozumiał i po prostu wykonał polecenie. Nie ten typ. Wpięłam więc dechę, chwyciłam smyka i … zjechałam na dół. Napisałam wcześniej, że stok był krótki? Nic podobnego! Był to najpiękniejszy i najdłuższy zjazd w moim życiu!

Mieliśmy 2 albo 3 postoje. Musiałam co jakiś czas wyluzować kręgosłup, a Zac potrzebował … zjeść i napić się gorącej herbaty z miodem. Było bardzo zimno, pewnie jakieś – 20 stopni. Gdy smyk trzymał w łapkach kubek z herbą, trząsł się tak, że wylewał jego zawartość. Mimo to nie marudził i chciał jechać ze mną dalej. Mój Mistrz! Zjechaliśmy na sam dół. Razem. Najszczęśliwsi na świecie, choć Zac był zmarznięty. Następny krok to nauka balansu ciałem i jednak pracy, a nie biernego bycia zwożonym, na stojąco na snowboardzie. Tyyyyle wspaniałej wspólnej nauki przed nami.

baltow-extremama-born-on-board

Obok stoku w Szwajcarii Bałtowskiej jest restauracja, w której, choć bywa tłoczno, zawsze znajdzie się kąt, w którym można się ogrzać przy kominku i doładować akumulatory. Zac został w środku z ekipą zajadając frytki, a ja poszłam jeszcze chwilę pozjeżdżać. Bardzo przyjazne to miejsce ta Szwajcaria. I dobrze zorganizowane. Nie odwiedziliśmy tym razem dinozaurów, bo długo siedzieliśmy na stoku. Zajrzeliśmy na chwilę do Wioski Św.Mikołaja, ale i tak to dechy i śnieg zawojowały ten dzień. Żeby poczuć magię całego kompleksu JuraParku trzeba przyjechać tu na dłużej. My mieliśmy jeden dzień. Moja magia to Zac i jego pierwszy raz na snowboardzie.

Nie pojeździłam zbyt dużo, bo jeździłam z Zachariaszem. Mimo to doświadczyłam czegoś, czego się nie spodziewałam. Tak jak trudno jest wytłumaczyć nie-rodzicowi czym jest bezwarunkowa miłość do dziecka lub jasne wyklarowanie sobie rodzicielskiego priorytetu, tak trudno byłoby mi sobie wyobrazić uczucie jazdy na desce z moim synem zanim tego doświadczyłam. Nie pamiętam kiedy byłam taka szczęśliwa jak wtedy, kiedy cały jego ciężar spoczywał na moich rekach i plecach, a on całkowicie zależny od matki-snowboardzistki wsłuchany w moje wskazówki starał się stabilnie stać zjeżdżając ze stromej w sumie górki w Szwajcarii Bałtowskiej.

zac-extremama-baltow

Wrócimy do Szwajcarii już wkrótce, bo warto pielęgnować „zaczkową” zajawkę. Wcale nie musimy się uczyć jeździć w Alpach, bo początkujący „rajder” potrzebuje przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa i możliwości odpoczynku. Chodzi o to, żeby się nie zniechęcić.

Pytacie – kiedy należy zacząć? Otóż – jak najwcześniej. Naprawdę. Nie chodzi tu o wyczynowe zjeżdżanie, ani wpinanie dziecka w dechę na pół dnia. Liczy się kontakt, wspólna zabawa i posmakowanie czegoś nowego. Na początek wystarczy nawet 10 minut i przechadzanie się z dzieckiem po płaskim obszarze stoku. Radość gwarantowana. Poczucie sukcesu także. Do tego dorzucam wzmacnianie więzi i wdzięczność dziecka za takie przeżycia. Na ekstremalne wyczyny przyjdzie czas.

Cieszę się jeszcze faktem, że tak stabilnie stoję na nogach jeżdżąc na snowboardzie, że jestem pewnym siebie „rajderem”, który bezpiecznie zwozi na dół małego ancymona zwyczajnie krawędziując, wydając komendy „palce!”, „teraz pięty!” i ciesząc się jak dziecko z każdego wspólnego zakrętu. To jest właśnie extremaming w najczystszej postaci. Macierzyństwo to zdecydowanie mój ukochany sport ekstremalny!

3 comments

  1. Lidio dlugo czekalismy na nowy post co kilka dni tu zagladam by poczytac co u Was? Bardzo ciekawy blog…pochlaniam w calosci tym bardziej ze na dniach sama zostane mama.

  2. Kurde, a u mnie dupa… Też mnie nosi, jak cholera. Ja też z tych, co na tyłku nie usiedzą. Całe życie jakieś sporty od mniej do.bardziej ekstremalnych. A córka chyba nie moja 🙂 na dwór nie chce, sanki nie, rowerek nie… Tylko by z książeczką siedziała. Ma półtora roku. Co radzisz? Czekać czy jednak delikatnie naciskać? Ale przecież jej nie zmienię…

Leave a comment