Majsterkowanie z dzieckiem w domu – Extremama Vlog

11 lipca 2017

Weekendowo wśród przyjaciół czyli bierzcie dzieciaki i ruszajcie na spot!

11 lipca 2017

Szantaż i groźba czyli popularne metody wychowawcze.

11 lipca 2017

Rzecz o tym jak pierdzielimy głupoty, żeby było dobrze, a wychodzi jak zawsze. A nawet bardzo źle.

„Pamiętajcie, że w domu nagroda w postaci naklejki będzie, sprzątajcie zabawki” – to tekst usłyszany w poczekalni poradni logopedycznej. Wypowiedziany przez mamę radosnych kilkuletnich smyków.

Jest z nimi także szaro-bury dziadek, któremu „szkoda czasu”. Dzieci zadowolone, po udanych zajęciach, w euforii biegają po bawialni. Trochę sprzątają. Najpierw zajęcia ze specjalistą miał chłopiec, dziewczynka bawiła się w poczekalni. Potem zmiana. Mama po rozmowie z logopedą także rada, bo okazało się, że dzieci robią postępy. To nic, że nieco przekupione naklejkami przez logopedkę. Zajęcia w spokoju i harmonii, na koniec uśmiechnięta buźka. Małe przekupstwo w dobrej wierze i pozytywnej atmosferze. Zero strachu. Mamie tymczasem „wkręca się” naklejkowy szantaż.

„Sprzątajcie, bo nie będzie naklejek. Noooo…będzie o jedną naklejkę mniej”. Dzieci rozbawione. Mama siedzi przy stoliku. Dziadek także. „Leon, nie dostaniesz naklejki”, „Iga nie będzie naklejki”.

Iga do mamy, z przestraszoną miną – „Przepraszam”, bo akurat wypadły jej klocki z pudełka. Dziadek siedzi i mówi do córki: „Basia, zbieramy się, szkoda czasu”.

Mama do dzieci – „Pracujecie cały czas, nagroda czeka. Pracujesz Iga, pamiętaj”.

Dziadek – „Zabiorę Wam te naklejki, które już macie!”.

Włos mi się jeży, łzy nachodzą do oczu. Cudne, radosne dzieciaki, po godzinie ciężkiej pracy, pochwalone przez logopedę. Tymczasem pochwał od mamy, ani dziadka zero. Jest za to „praca”. Jest perspektywa „nagrody”. Może zasłużą na przychylne spojrzenie. Może dziadkowi się przypodobają nawet.

Leon wygłupia się przy ubieraniu, przewraca się. Dziadek – „wstań, bo zaraz ci złoję tyłek, przyłożę ci i się skończy…”. Chyba nawet pada słowo „dupsko”. Nie wiem czy z ust Leona pada „przepraszam”. Panuje zamieszanie. Mama dorzuca kilka słów irytacji od siebie. Mam ochotę wstać i przytulić te dzieciaki. Śliczne, zdolne, szalone. Siedzę zamurowana. Niby nie chcę się wtrącać, ale serce mi krwawi.

„Dzieciaki, jesteście super. Ciężko pracujecie na zajęciach. Brawo. Jesteście extra. Miłego dnia.” – mówię. Dziadek wcina się w zdanie „tak, super, chyba jak śpią…”.

Mama patrzy zaskoczona, nie mówi ani słowa. Wie, że jej dzieci są super. To po co funduje im taki stres, chory pęd za bezsensownymi nagrodami, pozwala dziadkowi grozić użyciem siły? Wychodzą. Jestem pewna, że na ulicy dziadek dorzuca jeszcze kilka „życzliwych” komentarzy. Smutne to. Bardzo.

***

Jak rozegrałabym to ja? Zdarza się, że znajduję się w takiej sytuacji. Zarówno sam Zac, jak i Zac z Jj’em czyli synem Carlosa potrafią rozbrykać się tak, że nie dociera do nich nic. Przestrzegam kilku zasad. Jestem w zgodzie ze sobą i szanuję indywidualność moich dzieci. Jestem konsekwentna. Wobec siebie i wobec nich.

  1. Po pierwsze pytam siebie samej dlaczego to, co robi dziecko jest złe? Czy na pewno jest złe? Może jest całkiem OK. Dlaczego mi to przeszkadza? Bo mi się śpieszy? Dziecko nie czuje tego pośpiechu. Może więc warto dać mu tę chwilę? Chyba, że faktycznie nie mam czasu. Mówię, więc dziecku jak wygląda sytuacja. Mówię i nie wymagam, że się natychmiast dostosuje. Robię swoje i jestem fair. Oferuję smykowi coś w zamian. „Pobawimy się jak wrócimy do domu. Jak będziesz chciał, pójdziemy na plac zabaw. Teraz trzeba już iść. Chcesz, wezmę Cię na ręce. Chodź Kurczaczku…”. Gdy Zac się opiera, upewniam się, że wie, że ja rozumiem. Pytam „chcesz się jeszcze pobawić, tak?”. Tu Zac zwykle kiwa głową. „Teraz potrzebujemy iść. Idziemy do sklepu. OBIECUJĘ Ci, że pobawimy się po zakupach. OK?” Często dodaję z dumą, dając mu poczucie bezpieczeństwa … „mama zawsze dotrzymuje słowa, pamiętaj”. To działa. Jeśli nie za pierwszym, to za trzecim razem 😉 Swoje trzeba przecierpieć, szczególnie jeśli nasze zachowanie bywa dla dziecka nowością. Adaptacja następuje szybko. Pod warunkiem, że jesteśmy konsekwentni, spokojni i logiczni.
  2. Nie tracę autorytetu. Nie wydaję komend, poleceń, których wypełnienia nie jestem pewna. Jeśli wiem, że Zac nie posprząta klocków w 5 minut nie mówię mu „masz pięć minut na sprzątanie, inaczej nie dostaniesz naklejki”. To bez sensu. Przecież ja chcę mu dać tę naklejkę. Nie mówię mu „nie wolno skakać z łóżka”, skoro wiem, że skoczy. To jakby mówił „jak nie wolno, jak wolno”. Mówię – „chcesz naklejkę?”. Zac kiwa głową. „To schowaj te samochody do pudełka. Ja Ci pomogę z klockami. Start!”. Ale unikam za wszelką cenę dawania czegoś w zamian. Klocki mają być posprzątane, obiad ma być zjedzony, ręce i buzia mają być czyste. Co innego następujące po sobie zdarzenia/czynności/przyjemności. „Chcesz poskakać na trampolinie? OK. Najpierw układamy klocki, potem ubieramy się i idziemy poskakać.” Nie ma drugiego bez pierwszego. Dziecko doskonale to rozumie.
  3. Zabawa w wyścigi, w których wygrywa dziecko. To oczywiste, że Zac chowa samochody do pudełka szybciej, niż ja klocki. Należy mu się pochwała. Może nawet naklejka. Nieważne. Radosna jest już sama zabawa. Sprzątanie zamieniło się w przyjemność. Do tego sprzątamy razem, a czas spędzany RAZEM jest zawsze wartościowy.
  4. Nie zabieram danych już prezentów. Niedopuszczalne są zdania typu „mogłam ci nie dawać tej naklejki, skoro nie chcesz zjeść obiadu. Będziesz musiał oddać, jeśli nie zjesz.” Bzdura. Smyk ma naklejkę, bo ją dostał. Po prostu. Za cokolwiek lub bez zasługi. Ma i już. Dlaczego miałby ją oddać? Dlaczego ma cały czas funkcjonowac w niepokoju, że jego zachowanie będzie zbyt mało satysfakcjonujące i to doprowadzi do zabrania mu czegoś, co lubi, co mu się należało lub po prostu JEST JEGO.
  5. Normalne, codzienne czynności mają być wykonane po prostu, a nie w nagrodę. Szantaż (cóż zrobić?!:)) spoko, ale bez przesady. Smyk lubi sam doprowadzać sytuację do porządku, do stanu, który zna. Lubi się wykazać, zostać pochwalony bez upominania się o to. Lubię obserwować jak Zac dba o rutynowe sprawy. Ba! Nie są one dla niego ani rutynowe, ani nudne. W związku z tym dla mnie też są arcyciekawymi wydarzeniami. Każdy lubi zaprowadzać wokół siebie ład i porządek. Trzeba tylko najpierw poznać ten stan.
  6. Znam swoje miejsce. Jestem rodzicem, a nie przyjaciółką, kumplem, siostrą. Pewnie, że sprawny rodzic łączy te wszystkie role i zna umiar w każdej z nich. Staram się nie przesadzać. Nie jestem nadopiekuńcza, choć wyjątkowo czujna na pewno. Uważnie obserwuję, ale nie zawsze się wtrącam. Staram się robić to rzadko. Wolę zasugerować rozwiązanie, zadać tzw „pytanie pomocnicze” i zobaczyć co z tego będzie. Pewnie, że to trudna rola. Cały czas na posterunku. Taka już jest rodzicielska dola. Zgadzam się na to, bo bez jasno określonej roli, nie damy dziecku, ani sobie poczucia bezpieczeństwa. Im dłużej i bardziej konsekwentnie jestem przede wszystkim odpowiedzialnym, troskliwym, rodzicem bliskości, tym częściej mogę „wrzucić na luz”, bo smyk sam już niektóre sytuacje wyczuwa.

Gdybym była mamą Igi i Leona, pewnie najpierw mega bym ich pochwaliła, że pięknie pracowali. Dałabym im buziaka, przytuliłabym. Zapytałabym czy w takim razie mają ochotę pobawić się dziś w coś super fajnego. Wymyśliłabym coś, co bardzo lubią. Powiedziałabym:”to idziemy. Sprzątamy i idziemy”. Zaczęłabym sprzątać i zaprosiłabym ich do współpracy. Dzieci lubią pomagać i być zaangażowane. Prawda? Jeśli nie lubią to znaczy, że ktoś już je „zepsuł” i należy wykonać pracę od nowa. Bywa i tak.

***

Zapytałam naszej logopedki o te dzieci, o tę mamę i tego dziadka. Zna tę rodzinę od dwóch lat. Usłyszałam, że dziadek ma specyficzne poczucie humoru, że dzieci go lubią i spędzają z nim dużo czasu, a nawet „garną się” do niego. Dowiedziałam się, że mama była poważnie chora i udało się jej wyzdrowieć i oboje z mężem są wyjątkowo spokojni. A dzieci? A dzieci podobno są … DIABEŁKAMI. Serio. Tak usłyszałam. Że są hmmm „trudne”, „głośne”, „nieposłuszne”… Tylko jak to możliwe? Tak same z siebie, kiedy WSZYSTKO jest OK? Jassssne.

Wierzę, że każdy ma swój potencjał i temperament. Wiem jednak także, że kształtuje nas to, co się wokół zdarza. Bywamy lustrami ludzi nam najbliższych, którzy mają na nas wpływ. Dzieci są lustrami wybitnymi. Kryształowymi. Jeśli te energiczne dzieci faktycznie dają popalić rodzicom i wszystkim wokół, to nie dzieje się tak bez przyczyny. Śmiem też twierdzić, że idiotyczne groźby, na szczęście bez pokrycia, wcale nie pomogą w ogarnięciu tych „diabełków”, bo są to słowa niekonsekwentne i zupełnie bez sensu. Do tego powodują raczej rozedrganie, a nie spokój i równowagę. Dlatego „diabełki” pozostają „diabełkami”, a staną się … „szatanami”? 😉

***

Nie mogę patrzeć ani słuchać jak robi się dzieciom „wodę z mózgu” mówiąc do nich cokolwiek. Lepiej czasem nie powiedzieć nic, gdy „ręce nam opadają” i po prostu robić swoje. Mnie też się zdarza podnieść głos lub „odburknąć”. Sekundę później mam już wyrzuty sumienia i na szczęście, przynajmniej w stosunku do Zachariasza, potrafię go NATYCHMIAST przeprosić i wytłumaczyć się w miarę możliwości. „Przepraszam Cię Kotku. Mama się źle czuje” albo „Mama jest bardzo zdenerwowana. Przepraszam, że na Ciebie krzyknęłam”. Leci buziak, wysoka piona, Zac mnie przytula… Dzieci zachowują się dokładnie tak, jak widzą, że można się zachować i jak zachować się chcą. A jeśli nad sobą nie panują to znaczy, że coś jeszcze ma na nie wpływ. Nieodpowiednia dieta, stres, niekontrolowane emocje i właśnie „głupie gadanie” – to idealny przepis na „diabełka”.

Tymczasem wcale nie chodzi o to, żeby poznać RECEPTĘ na nieskazitelnego „aniołka” i aplikować kurację codziennie, bez wyjątków. W „świętości” także wskazany jest umiar, bo zapewne nie docenilibyśmy spokoju, równowagi i harmonii, gdybyśmy doświadczali ich cały czas, bez przerwy. Dzieci sygnalizują intuicyjnie kiedy potrzebują bezwarunkowego wsparcia, a kiedy rodzicielskiej, rozsądnej musztry. Nie mylić z tą wojskową, która nie ma nic wspólnego z bliskością i zrozumieniem. Rodzice intuicyjnie odbierają te dziecięce sygnały. Czujność jest wskazana.

Najbezpieczniej jest postępować w zgodzie z własnym moralnym kręgosłupem. Tak, żeby lędźwie nie bolały, a kark nie skrzypiał przy skręcaniu lub obracaniu głowy. Nawet, gdy czasem wypadnie dysk i należy zmierzyć się z wizją operacji lub bolesnej rehabilitacji, wykonana praca nigdy nie zostanie bez pozytywnych efektów. Tym najbardziej wymiernym jest fakt, że nasz smyk, obserwując i rozumiejąc nasze poczynania, sam w końcu, zamiast się toksycznie szarpać z losem, chętnie najpierw położy się na macie. Weźmie głęboki oddech i zamiast krzywdzić bliską osobę niepotrzebnymi słowami, uśmiechnie się szeroko czując się po prostu cholernie dobrze w swojej skórze… Regularnie rozciągany, napinany i rozluźniany kręgosłup dochodzi do takiej wprawy, że trzyma pion niezależnie od świadomych intencji. Na tym polega codzienna praca z dzieckiem (a nie na przykład na straszeniu zabraniem naklejek!), wychowanie i wzajemny szacunek do drugiego człowieka. Wskutek codziennych, małych zdarzeń szczególnie ten ostatni wchodzi głęboko i trwale w młodzieńczą, spontaniczną krew.

***

Dziś boli mnie głowa. Zac co chwilę czegoś chce, a ja nie mogę bez bólu odwrócić łebka. Migrena? Niczym brytyjska królowa? Być może. Wesoło nie jest. Gdybym nie wytłumaczyła Zachariaszowi co się ze mną dzieje, nie przyszedłby do mnie pod kołdrę po prostu się przytulić, nie siedziałby spokojnie przy stole rysując kredkami aż 6 arcydzieł i nie byłby tak spokojny na zajęciach z logopedą, że usłyszał kilka razy pytanie: „czy to na pewno Ty, Zac?”. Dziecko rozumie, słyszy i DOCENIA, gdy uczciwie opowiada się mu o emocjach, strachu i pośpiechu. Moje dziecko w takich momentach, zamiast stawać się „diabełkiem”, wznosi się na wyżyny swej anielskiej mocy. Właśnie wtedy, kiedy najmniej się tego po nim spodziewam i kiedy niczego od niego nie oczekuję. Podziwiam w Zachariaszu umiejętność logicznego łączenia faktów i dostosowywania swojego zachowania do zamierzonego efektu. Kunszt doboru jego dziecięcych mocy to zdecydowanie wyższa szkoła jazdy. Zawsze ukierunkowana na wyuczone, zakorzenione i konsekwentne dobro. Migrena mija w mgnieniu oka. Oto skuteczna RECEPTA.

 

2 comments

  1. Bo to jest tak jak kiedyś powiedział mi mój śp. Wykładowca od logiki (facet w wieku 90 paru lat wykładał logike na poziomie master!) odnośnie małżeństwa, ale tyczy się to każdej relacji- gdy jedno jest w gorszej kondycji, to drugie robi krok w tył by zrównać kroku. I tak powinno sie iść przez życie!

  2. Co tu dużo mówić… do dziecka trzeba mieć anielską cierpliwość, ale nie można wymagać by było aniołkiem przez cały czas.

Leave a comment