#CYCKI I miss You! czyli już nie karmię

1 lutego 2017

Extremama Vlog – Zac jest piłkarzem

1 lutego 2017

Snowboardowy smyk czyli mama wszystkiego nie ogarnie

1 lutego 2017
Extremama - Zac - karmienie piersią
Extremama Zac Football
Zac - Extremama - ldiiapiechota.pl - Szwajcaria Bałtowska

Rzecz o tym, że choć bardzo chcę, potrzebuję odpuścić. Jeśli Zac ma kiedykolwiek śmigać na desce, teraz potrzebuje złapać bakcyla od kogoś innego. Uroki ExtreMacierzyństwa – level kolejny. Oto siedem sposobów na to, żeby nie rwać sobie włosów z głowy na stoku.

Przecież to oczywiste, że skoro robię coś dobrze, to mogę nauczyć tego moje dziecko. Logiczne, prawda? Otóż nie. Dzieci zwykle dużo lepiej czują się w sytuacjach stricte edukacyjnych z ludźmi obcymi – nauczycielami, instruktorami, pedagogami. Mój syn jest, jakby to powiedzieć, grzeczniejszy, gdy nie ma mnie w pobliżu, a ktoś inny chce z nim porobić coś konkretnego/pożytecznego.

Przede wszystkim liczą się chęci dziecka i ekspozycja na to, czego ma się nauczyć. Bez tego pewnie najlepszy instruktor nie da rady. Mogę Wam o tym opowiedzieć dziś na przykładzie Zachariasza i jazdy na snowboardzie. Oboje są moimi wielkimi miłościami.

Zac - Extremama

Moja miłość do snowboardu to miłość bardzo romantyczna. Wiecie taka z tych niespełnionych. Nieco platoniczna, nieco zachowawcza. Zawsze kochałam snowboard, choć go w moim życiu było mało. Odkąd na nim jeżdżę, jest mi go … jeszcze mniej. W sensie jest mi go mało, bo za mało jeżdżę. Mało czyli ile? Czyli nie ma go cały czas. Tak, należę do tych wariatów, którzy mogliby jeździć codziennie. Od rana do nocy. Chcę chodzić w spodniach snowboardowych, nakolannikach pod spodniami, w termicznej, obcisłej koszulce i bluzie z kapturem. Chcę na to zakładać długą luźną, lekką kurtkę, na szyi mieć wygodny komin, a na głowie kask i wielkie gogle z szybą, która umożliwia szeroki kąt widzenia. Chcę, żeby włosy splątywały mi się powiewając na wietrze i obrywając śniegiem, gdy zjeżdżam po stoku albo przewracam się, bo „złapałam krawędź”. To fryzura nie do podrobienia. Stylista nie podoła. Lifestyle snowboardzistki – jak najbardziej. Mogę chodzić w buciorach snowboardowych po ulicy, nosić dechę na plecach, termos w plecaku i cykać selfie zasypana śniegiem w lesie.

Jako ExtreMama sporty deskowe zamieniłam na macierzyństwo i uczę się cierpliwości. Wiem, że jeszcze sobie odbiję. Jeszcze pojeżdżę. Zdarza mi się pośmigać, ale nie ma to wiele wspólnego z progresywnym treningiem i rozliczaniem z kolejnych opanowanych ewolucji. Teraz jak pojeżdżę gdziekolwiek, choćby chwilę, jest GIT. Priorytet jest gdzie indziej. Potrzebuję się ruszać, żeby mieć energię dla smyka, czuć radość z innych zdarzeń. Więc się ruszam. Tyle, ile zdołam. Nie jestem profesjonalnym „rajderem”. Jestem … zawodową matką 😉 Wiem, gdzie moje miejsce. Przy dziecku. I nie czuję, że coś tracę. Straciłabym, gdybym siedziała cały czas w górach z „ziomeczkami”, zamiast patrzeć na radosne spojrzenie na świat mojego syna. Nie zauważyłabym nawet, że nauczył się jeździć na desce, nartach albo deskorolce. A tak widzę, że … raz chce, a kiedy indziej w ogóle go to nie interesuje.

Myślę, że LUZ to aktualnie najważniejsze podejście do sprawy. Zero zmuszania, korzystanie z okazji i chwytanie każdego przebłysku chęci poznawania „zajawki”. Zac czuje, że kocham deski. Nie sposób tego nie zauważyć, tym bardziej jak się zbiera wszelkie moje stresy, radości i „ciśnienia”. On wie co mi w duszy gra. W związku z tym, że to dla niego oczywiste, nie zależy mu na tym. A mnie wręcz przeciwnie. Mnie zależy jak cholera. Na tym, żeby dzielić z nim pasje, ale też pozwolić mu podjąć decyzję. Za każdym razem, kiedy widzę, że ta mała główka coś wymyśliła i opowiada się za jakąś konkretną opcją, cieszę się ogromnie. Nawet jeśli jego pomysł mocno odstaje od mojej sportowej wizji naszych zajęć. Wiem, że skoro nasze deskowanie jest dla niego normalne i nie wzbudza emocji, to prędzej, czy później, po prostu się tego nauczy. Ma sporo czasu.

Zac - Extremama

Zac ma 4,5 roku, więc przed nim wszystkie zajawki świata. Tej zimy przychodzi mu się mierzyć ze snowboardem. Zatem co robię, żeby moje dziecię się nie zniechęciło, a pewnego dnia zapragnęło pojeździć ze mną freeride’owo pomiędzy jakimiś choinkami?

  1. Smyk powinien być wyspany i najedzony. Wizyta na stoku z burczącym brzuchem i ziewającą paszczą to gwarancja porażki i frustracji. Nasze wspólne wyprawy to wycieczki do Szwajcarii Bałtowskiej, więc nawet zerwany z łóżka Zac, dosypia w samochodzie. Kulturalne dwie godzinki drzemki to dobre intro do wspaniałego dnia. Zabieram na stok prowiant. Bierzemy zaczkowe przysmaki i „coś konkretnego” tak na wszelki wypadek. Na tzw. duży głód. Zac, choć wybrzydza, miewa wilczy apetyt. Warunki śniegowe są podobne do basenowych. Gastro włącza się niemal za każdym razem. Nie daję się takiej sytuacji zaskoczyć.
  2. Nakręcam go na sytuację. Opowiadam radośnie co będziemy robić i co się zdarzy wcześniej lub później. Po jeździe też powinno być coś ciekawego. Jednak zdarzy się to dopiero po wszystkich poprzednich elementach „scenariusza”. Nie staram się go zwieść, choć pewnie czasem tak to wygląda. Nie chcę, żeby jazda na desce była przykrą koniecznością, żeby osiągnąć coś innego, przyjemniejszego. Po prostu wszystko razem ma współgrać. Tworzę dobrze kojarzące się rytuały i klimat totalnego relaksu. Mają się dziać fajne rzeczy. Zac lubi przebywać na dworze, więc do zabawy na śniegu nie trzeba go przekonywać. Trudniej jest z wykonywaniem konkretnych poleceń.
  3. Pokazuję mu jakie to fajne i idę na ustępstwa. Lubię, gdy Zac mnie polega i grzecznie słucha wskazówek. Zdarza się, że w jednej chwili chce jeździć, a 2 minuty później woli się turlać z górki albo zjeżdżać na brzuchu głową w dół. No i extra. Na takie szaleństwa też znajdujemy czas. Jeśli wyszaleje się i pozna realia, zacznie szukać innych sposobów spędzania czasu w danym miejscu. Doskonale go rozumiem, choć akurat ja w miejscach, gdzie można jeździć, jeżdżę 😉 Za to w wielu innych dziedzinach wykazuję się twórczym nieprzystawaniem do konwenansów. Często trudno przychodzi mi robienie dokładnie tego, co w danej chwili i miejscu robią WSZYSCY INNI. „Ja nie jestem wszyscy inni, więc nie robię tak jak oni” – pewnie jakoś tak układa się to w mojej głowie. Całkowicie poza świadomością, a już na pewno poza procesem podejmowania decyzji. Po prostu na pewne rzeczy mam ochotę, a na inne nie. Nie naginam się. Dlatego daję smykowi wybór. Nie tym razem, to może następnym poczuje więcej apetytu na jazdę.
  4. Daję mu poczuć, że to wyjątkowe i zarażam go endorfinomanią. Kiedy pierwszy raz zjeżdżaliśmy z górki w Bałtowie, widziałam na jego buzi zarówno radość, jak i niepokój. Szybko zrozumiałam, że on chce jechać, ale nie wie co go czeka, więc trochę się boi. Choć miał wybór, nie wybierał. Poddał się sytuacji. Zjechał. Bardziej dzielnie niż bym go o to podejrzewała. Doznał ekstremalnych emocji i wiedział, że zrobił coś wyjątkowego. To, co z takim przeżyciem zrobi dziecko to sprawa indywidualna. Mój syn jeżdżąc ze mną nie pragnie wrażeń z zapartym tchem. Jeżdżąc z kimś innym pewnie skupiłby się na wykonywaniu poleceń, a nie na tym, że „przecież mama to ogarnie”. Gdy zjeżdżałam z JJem czyli 6-letnim synem Carlosa, ten głośno dyszał „O matko, jak super!”. I nie chciał, żeby jazda się skończyła. Zac wolał się powygłupiać. Tak jakby ekstremalnie ekscytujące stany w ogóle go nie interesowały.
  5. Mierzę jego siły, na moje zamiary. Zjechaliśmy razem z góry, żeby poczuć o co chodzi, ale potem Zac miał poczuć deskę samodzielnie. I poczuł. Choć chyba nie chciał. Miał ochotę szaleć, biegać, ślizgać się, ale kilka razy uległ moim namowom i dał się wpiąć w wiązania. I dawał radę. Chyba, że specjalnie się przewracał , upewniając mnie w przekonaniu, że NIC NA SIŁĘ. Cudnie jest patrzeć na smyka, który bez specjalnego wysiłku po prostu krawędziuje dechą, bo ma INSTYNKT SAMOZACHOWAWCZY i nie jest głuchy na sygnały swojego ciała. Wielkie brawa dla wszystkich maluchów. Tempo w jakim opanowują tego typu zajęcia, jest imponujące. Jeśli chcą.
  6. Szukam instruktora. Zac do tej pory jeździł ze mną po stoku i z „szejperem” Burton Riglet w Royal Snowpark po przeszkodach dla dzieci. Znam moje dziecko. Wiem, że zostawiony sam na sam z fajnym instruktorem, który konsekwentnie przeprowadza zajęcia, miałby z nich duży pożytek. On to po prostu ma w sobie. Potrafi jeździć. Ma sprawne ciało, choć na razie wciąż testuje swoje możliwości. Dlatego nie przesadzam z liczbą treningów i nie podchodzę do nich jak do obowiązku. To zabawa. Nawet jeśli teraz nie zaskoczy, kiedyś się tego nauczy. Prawdopodobnie gdy tylko pierwszy raz zjedzie sam ze stoku po lekcjach z instruktorem, zapragnie się pochwalić przed mamą jak świetnie to robi. To będzie TEN moment. Dołączę do niego.
  7. Daję mu zapomnieć o zajawce. Nie jeździmy do snowparku codziennie. Nie zabieram go na stok za każdym razem, kiedy tam jadę. Wręcz przeciwnie. Ostatnio w Szczyrku byliśmy bez dzieci. Dbam o swoją „zajawkę” zwaną pasją. Na kreowanie jego „ciśnienia na katanie” (czyli chęci do jazdy) czas jeszcze przyjdzie. Nie pokazuję smykowi co chwilę zdjęć ze stoku i nie przypominam, że wkrótce znowu tam pojedziemy. To w sumie zabawne, bo wszyscy znajomi widząc zdjęcia na fejsie i czując moją radość związaną z tymi wspólnymi deskowymi doświadczeniami, przy każdym spotkaniu mówią „O, Zac, widziałam, że jeździsz na snowboardzie”. Zac tylko wzrusza ramionami i opowiada o czymś zupełnie innym. Jak to Zac. Ma swoją bajkę 😉

Nie jest łatwo zorganizować udany wypad na deskę tak, żeby obyło się bez czyjegoś focha lub gorszego momentu. Nie musi być idealnie. Ważne, żeby było fajnie i żeby za każdym razem działo się coś, co przysporzy ciekawych wspomnień i może nawet nauczy czegoś na przyszłość. Nie ma co przesadzać z rodzicielskimi ambicjami. Dzieciaki i tak będą robiły to, co będą chciały, więc najlepiej pokazywać im różne „zajawki”. Zdecydują co wolą. Być może będą potrafiły sporo rzeczy i będą je testowały w zależności od nastroju i możliwości. W tym tkwi tajemnica niefrustrującego macierzyństwa, tudzież tacierzyństwa. Nasze dzielne smyki to odrębne istoty i tylko od nich zależy czy pojadą kiedyś znowu do Szwajcarii … na snowboard czy pooglądać dinozaury czy … liczyć franki 😉

Zac - Extremama - lidiapiechota.pl

 


Za pomoc w doświadczaniu dziękujemy Bałtowskiemu Kompleksowi Turystycznemu. JuraPark i Szwajcaria Bałtowska to zdecydowanie nasze miejsca na ziemi <3

 

1 comment

Leave a comment