SIEROTKA MARYSIA vs Zosia SAMOSIA alias dumna wieśniara

19 maja 2013

endorfinowy łakomczuch

19 maja 2013

Od Suzi po sushi

19 maja 2013
Image-2
111
zac43-holowanie-%281%29

Nawet sprawnie nam poszło pakowanie 🙂 Decha, pianka, vest, boardshorty, kask…, wózek, ubrania na przebranie dla mnie i Z, miska, smycz dla B, kocyki, prowiant… Uff! Po południu, ale jedziemy 🙂 Dni są teraz długie 🙂 Fakt, wjechaliśmy w jakąś dziurę, ale przecież tyle ich na naszych drogach, że człowiek przestaje na to zwracać uwagę. Tylko wyjechaliśmy spod klatki, nie minąwszy bloku, JEBUT!, Suzi opadła nieco na lewą stronę. Pierwsza myśl – złapaliśmy gumę. Luz. Wysiadamy. Na szczęście Zac w dobrym humorze, tylko Boski jakiś taki niespokojny. Na ulicy za nami leży wielka śruba, a przednie lewe koło wygięte jest w jakiś dziwny sposób. No, cholera jasna! To tak nam koła świetnie przykręcili po tej wymianie opon?! Grrrr!


Ale, ale … w rzeczywistości wcale złości jakiejś wielkiej nie było, bo szczęśliwie wykupiłam niedawno cudowne ASSISTANCE i wiem, że nie ma się czym martwić 🙂 No, może jedynie tym, że nie popływam, bo do Ostródki pewnie nie dojedziemy 🙁 Dzwonię – ubezpieczalnia, serwis wymiany opon, co by się poczuwali… Czekamy. W tym czasie z Suzi COŚ wycieka, co całkiem pogrzebuje nasze nadzieje na wejkowy lansik w Ostrej. Trudno. Ważne, żeby furka nam nie za bardzo zaniemogła, ugh! Jako, że Zuzanka padła właściwie pod blokiem, wypakowaliśmy ją bidulkę, wrzuciliśmy „graty” do domu przez balkon. Czekamy. Jest pomoc drogowa – juppi! Może zdążymy jeszcze odwieźć Suzi do warsztatu przed jego zamknięciem. Wszak to sobota jest. Awarie rzadko przytrafiają się nam w dni pracujące 🙂 Norma.

Przemiły, na luzaku pan „laweciarz” stwierdził, że to wachacz, czy tam sworzeń i zabrał Zuzankę do wskazanego miejsca hospitalizacji. Skracając całą historię, Kot pojechał z nim i wrócił pięknym zastępczym pojazdem 🙂 Przynajmniej tyle dobrego 🙂 Choć trochę się „dygam” kierować takim ładnym, „nuffka funkiel” wyraźnie nieśmiganym autem. Szczególnie, że Zuzanka to auto dla twardzielek :). Nie ma że boli, kopa ma dziewczyna, a jak się gdzieś przytrze, nie marudzi 🙂 To zastępcze cacko natomiast, zbiera się jak ślimak – arystokratycznie czyste takie w środku, aż strach Boskiego wpuścić, a Zaczkowi chrupka dać do szamania w drodze 🙂 Hmmm, no cóż dwie doby wytrzymamy, a potem posprzątamy. Co by tylko Suzi cała i zdrowa wróciła szybko i tanio.

Późno się zrobiło po tych perypetiach motoryzacyjnych, Ostródkę więc odpuściliśmy, ale przecież grzech nie udać się w podróż jakąś takim błyszczącym pojazdem zastępczym. Uskuteczniliśmy więc wypad do „bananowni”. Taka nazwa przyszła mi do głowy natychmiast po wejściu do mariny nad j.Krzywym 🙂 Olsztyńska plaża miejska jest w remoncie, więc tymczasowa miejscówka dla plażowiczów jest jeszcze średnio przygotowana. Hmmm, właściwie, mam wrażenie, że sezon tam wszystkich zaskoczył i ratują się powierzchownym, bananowym właśnie, stajlem.

Jest DJ „na żywo”, co naprawdę zacne bity zapodaje <nawet Zac się rozbujał>, są białe sako-poduchy na molo, są poprzecierane stylowo stoliki w marinie, są skutery i kilka przycumowanych łódek. ALE jest też syf w wodzie, glony takie, że fe!, molo połatane na słowo honoru, trawa jakaś obleśnie odpadająca, a wcześniej zapewne mająca nadawać hawajski klimat nabrzeżu. No słabo to wygląda, choć przyznaję, że nam wczoraj w zupełności wystarczyło. A! no i nie sposób nie wspomnieć o ekipie w tejże bananowej marinie 🙂 Z całą pewnością towarzycho imprezkowe, tylko czekające na kolorowe drineczki ze słomkami. Brać napuszona taka, spragniona St.Tropez. Panny po awarii lamp solaryjnych albo po ucieczce z zakładu dla agresywnych kobiet <no mówię Wam, co za spojrzenia!> albo po prostu z dużym poziomem testosteronowej aury. Jakoś wczoraj mi to nie przeszkadzało, a nawet bawiły mnie spojrzenia mające chyba na celu odstraszenie nas – intruzów zbyt dobrze bawiących się w ICH pseudo bananowym azylu 🙂 Zatem polecam! Zawitam tam jeszcze nie raz i pokażę im kto tu może mieć faktyczne powody do napuszenia 🙂 Pozytywnego takiego, bo piórka przecież kiedyś i gdzieś nastroszyć trzeba. Szczególnie jak się kolorowe je ma i trzepoczą bezwarunkowo 🙂

W takich nastrojach, pijani powietrzem, udaliśmy się na suszki do Przystani. No bo gdzie, jak nie tam, to bananowe popołudnie stylowo zakończyć? 🙂

3 comments

  1. i chociaż ciężko było…
    weekend należy do udanych 😀
    powodzenia z Suzi 😉 niech dziewczyna wyzdrowieje 😀

    a na sushi-to ja zawsze i wszędzie doskoczę 😀

    1. anom, na razie bujam się furką zastępczą i jak prowadzę, nawet nie jest mi niedobrze 🙂 a suszki w Olsztynie niestety nie sa najwyższych lotów, choć u Kicka zdarzają sie przebłyski pyszności 🙂 zatem w kontakcie sushiżerco 🙂

    2. no dlatego ja zazwyczaj robię sama 🙂
      i lubimy dodawać czerwona paprykę-polecam…
      wtedy jest super chrupiące 😀 nie drogie-smaczne no i super zabawa 😀 polecam 😉

Leave a comment