Jak wybrać rower dla dziecka?

7 czerwca 2017

Pokaż to, co masz ładnego Mamo czyli np. BRZUCH!

7 czerwca 2017

DÓŁ jak cholera czyli o tym jak staram się być mądra i zrównoważona, choć wcale mi się nie chce.

7 czerwca 2017

O tym, że choć nie chcę, ciągle dokądś idę. I jeszcze o tym, że uczę się nie mieć pretensji do wszystkich wokół – za niesprawiedliwość, niechlujstwo, zazdrość. A tak naprawdę to o tym, że bardzo bym chciała, żeby Lajla wróciła już do domu.

Zgubiłam psa. To znaczy zgubił się. „Poszedł w długą”. Bez powodu. A jeśli miała powód, to bardzo głupi. Albo niezbyt jasno sprecyzowany. Cała ona. „Retarded dog” – jak mawia Carlos i coś w tym jest. Zdarza się jej zachowywać idiotycznie lub dziwnie. Jak każdemu…, nieprawdaż?

Otaczam się szamanami. Lajla też do nich należy. Nie wgłębiając się w definicję tego słowa, dla mnie szaman to istota, która powoduje, że nad sobą pracuję, która swoim byciem zmienia moje życie na lepsze. Wreszcie to taka istota, która sama wydaje się dość słaba lub zależna, ale swoją prawdą oszałamia świat. Taki jest mój syn. Taka jest Karolina. Taka jest Lajla. Jest zawsze ze mną. A teraz jej nie ma.

Analizując kolejność i skutki zdarzeń w takiej sytuacji, mam okazję przemyśleć swoje żale, pochopne decyzje, chaotyczne działanie. Każde traumatyczne przeżycie, o ile nie powoduje utraty przytomności, ma na celu nauczenie nas działania. Mamy się na coś uodpornić, zrozumieć przyczyny i w miarę możliwości nie popełniać tych samych błędów. Swoją drogą, ten, kto tą czasoprzestrzenią zarządza musi mieć wobec mnie piekielnie <?!> ambitny plan, bo permanentnie nie ma nudy 😉 Nie może być spokojnie, nie może być normalnie, a już na pewno nie może być przewidywalnie.

Pewnie, że nie ma co liczyć na przyziemność, skoro przyciągam (od zawsze) przypadki patologiczne, dziwaczne, potrzebujące opieki lub wstrząsu … Przyczyny takiego stanu rzeczy przepracowuję i idzie mi całkiem nieźle. Po prostu wiem, że zdarza mi się to, na co sama sobie zapracowałam albo na co pracuję „dzięki” bagażowi zostawionemu przez przodków. Whatever. To nie na teraz. Teraz wciągam Was w moją aktualną historię. Czyli wyrzucam z siebie żal i rozkminę, bo jestem na siebie zła.

Jestem zła, że tego dnia nie mogłam wziąć Lajli do pracy. Niby mogłam, ale plan zdjęciowy był długi, w nowym miejscu, nie wiedziałam jaki będzie klimat, bo klient wymagający, bo stres i pełna mobilizacja. Teraz jak o tym myślę, to pewnie nikt nie miałby nic przeciwko. Ale 8 h w showroomie z ubraniami? Wysłałam Lajlę do pracy z Carlosem. Też 8 h, ale na kolankach, na wykładzinie, blisko łączka na siusiu. Czil…No i zwiała. Dokąd? Do kogo? Do mnie? Dlaczego zdołała wyjść sama? Dlaczego nie zostawiłam jej w domu? Bo nie mam w zwyczaju zostawiać mojego panikującego z samotności pieska samego w domu na cały dzień. Byłoby tych godzin w domu pewnie z 10, razem ze staniem w korkach i moją jazdą po smyka do przedszkola. Ucieszyłam się więc, gdy C zabrał psineczkę naszą do biura. Wytrzymała prawie do końca. Zwiała 2 h przed wyjściem do domu. Do mnie.

No i rozkminiam teraz, że nie mogłam temu zapobiec. Że przecież chciałam dobrze. Że przecież zawsze wraca, jak dokądś pobiegnie. Nie tym razem. Teraz nie ma jej już 5 dni. Rozważaliśmy opcje dalekich wycieczek naszego malucha, ale teraz stawiamy na wersję, że wciąż jest w pobliżu miejsca ucieczki czyli na warszawskim Ursusie. Widzę ją tam (wizualizuję). Na ogródkach działkowych, w pobliżu cmentarza, wyjadającą resztki ze śmietników, bo jak przystało na „ulicznicę” uwielbia to robić ku mojemu oburzeniu. Jest zaprawiona w boju. Podobno, zanim trafiła do azylu, z którego ją adoptowaliśmy, kilka tygodni błąkała się po Kluczborku. 5 dni to zatem dopiero początek.

Trzymam pion, choć wcale nad tym nie panuję. To instynkt samozachowawczy. To tak działa. Nie ma czasu, ani możliwości na doła. Taaaak, to też powinnam przepracować, bo każdy ma prawo do słabości, a ja nie jestem wszechmogąca. Tymczasem żyję w swoim pędzie do zdarzeń radosnych, choć co chwilę mają miejsce te pokazujące mi, że „życie to nie bajka”. Ja wciąż funkcjonuję w krainie dobrych elfów. Nie dramatyzuję więc dzisiaj, bo nigdy tego nie robiłam. Czy to jakaś ułomność? A może niezwykła siła charakteru i hart ducha? Biorę na klatę sprawy trudne i te, na które nie mam wpływu. No chyba, że mam.

Przez te poszukiwania Lajleczki, rozchorował mi się Zac. Kaszle, krztusi się i leci mu z nosa. Standard. Dzieci bardzo szybko pokazują, że brakuje im mamy, choć tak naprawdę jest obok. Gdy dziecko czuje się gorzej, nie mam dylematu czym/kim mam się zająć. Reszta schodzi na dalszy plan. Dziś więc jestem z Zachariaszem. ALE śledzę doniesienia w sieci, sprawdzam ogłoszenia o znalezionych i zaginionych psach, denerwuję się, że jestem bierna i co chwile przypominam sobie, że przecież dziś spędzam czas z dzieckiem, bo ono mnie potrzebuje. Zresztą mnie taki reset w towarzystwie pogodnego Zachariasza też robi dobrze… A z tyłu głowy i tak psina.

To czekanie jest najtrudniejsze. Właśnie dziś zadaję sobie pytanie JAK ŻYĆ? Bo przecież zgubiła się mała istota, bo wędruje gdzieś w ciemności, w słońcu, deszczu lub burzy… Jak ja mogę pracować, gotować, pływać na wejku, planować wyjazd na weekend lub po prostu DOBRZE SIĘ BAWIĆ, skoro jej nie ma?! Robię, co mogę, tylko … niewiele mogę. Trzymam zasięg poszukiwań, aktualizuję posty, drukuję ogłoszenia. Sprowadzam się zatem na ziemię, bo nie chcę zamęczać się takim zawieszeniem, taką nieobecnością, choć byciem.

Dobrze się teraz dzieje. Nie, że akurat dzisiaj, ale ogólnie „tymi czasy”. Nadzwyczaj dobrze wiem co chcę robić, a czym się brzydzę. Wiem co mnie rozśmiesza i co jest dla mnie ważne. Wiem z kim chcę dzielić swoją codzienność i wyjątkowe chwile. Dzielę się dobrą energią i szastam szamanizmem 😉 I właśnie, żeby się nie zachłysnąć, ta droga wciąż trwa … Wciąż jakiś most jest w przebudowie albo korek na autostradzie. Niby nic, a jednak wytchnienia brakuje, bo nie jest „po mojemu”, bo droga brukowana, a nie szutrowa, odpowiednia do rajdu. Asfaltowe dojazdówki dają radę, ale za dużo betonu wzbudza ziewanie. Trzeba na to wytchnienie zasłużyć. Ja jeszcze jadę i opracowuję wytyczne dla autopilota. Uczę się komunikować. Nie wjeżdżam na lawety, więc nie ma wolnych przebiegów. To nie są łatwe rzeczy. A czas na serwis też mi się należy.

Bywam zamknięta w natłoku swoich myśli. Widzę rzeczywistość i jej warstwy. Pod żadną się nie chowam, ale łopatologicznie wpajam sobie tolerancję i nie zamierzam wchodzić do nie swoich bajek. Nie chcę być lepsza od nikogo, choć potrafię unosić się wysoko nad sprawami nieistotnymi. Potrafię zagryźć wargi i nie nakrzyczeć na kogoś, że „spier*olił”, bo pewnie sam dobrze to wie, więc po co? Lubię uśmiechnąć się do kogoś, kto właśnie „obrobił mi tyłek” stojąc za rogiem nie wiedząc, że słyszę lub przytulić najbardziej oschłego współpracownika i poczuć jak lód mu w sercu topnieje. W tym wszystkim walczę o siebie, bo brakuje mi mnie w moim jestestwie. Zapominam, że tylko będąc maksymalnie silną, obdarzę siłą innych. Choć znam się i czuję swoje potrzeby, rozkręcam się powoli i zrzucam kokon stopniowo. Niejednokrotnie zapominam o własnych wielgaśnych możliwościach, bo rozpuszczalnikiem ukojenia rozklejam czyjeś oblane butaprenem skrzydła.

Serwuję sobie chaos, bo jego synonim to fristajl czyli kręgosłup mojej tożsamości. To mój sposób na szaleństwo bez stanu chorobowego <czyżby?!:)> oraz na akceptację barw codzienności. To też sposób na przeprosiny, gdy podniosę głos na smyka oraz na przytulenie się do Carlosa, gdy naszczekam na niego jak … suka <ołje!>. To wreszcie sposób na nadzieję, że Lajla pohasa sobie po działeczkach, zje milion syfiastych „potraw”, po czym zapchlona przyjdzie znów do mnie i zaśnie mi wiernie na kolanach. Zmęczona zagubieniem, nauczona niepokojem.

Zmieniam jej wodę w misce. Codziennie. Przecież jak przyjdzie, nie będzie piła zakurzonej.

 

 

 


Jeśli spotkacie Lajlę, zadzwońcie do mnie. Proszę. Nie próbujcie jej łapać, ani gonić.

tel. 797 420 716

Jeśli chcecie rozwiesić plakat, będę wdzięczna. Jest TU lub TU. prześlę Wam go mailem.

2 comments

  1. Jakiś czas temu na fb znajoma wrzuciła info o zaginięciu jej kota, znalazł się po ponad 2 tyg! Więc tak sobie myślę, że jak kot się znalazł i to po takim czasie to i ta szamańska dusza też się pojawi. Trzeba tylko wierzyć i działać! Nadal trzymam mocno kciuki! Pozdrowienia ze słonecznego dziś Torunia

  2. Moja babcia miała psa Mikusia. I każda opowieść o nim opowiadała jak uciekał i wracał po kilku, kilkunastu dniach z wojaży. A niejednokrotnie babcia słyszała od ludzi ze widzieli Mikusia po drugiej stronie miasta. Psy mają GPS nastawiony na swoich właścicieli, tylko może Lajla swój na chwilę wyłączyła żeby poczuć przygodę jak Mikuś? Trzymam kciuki żeby szybko wróciła!

Leave a comment