Odrodzenie na zajawie

18 kwietnia 2015

Men

18 kwietnia 2015

Bajka o słowach „inne” i „czas” czyli o Zac’u Przedszkolaku

18 kwietnia 2015

To ważny wpis. Ważne jest też to, że piszę go teraz, a nie miesiąc temu. Właściwie każdego dnia przychodzą mi do głowy nowe refleksje i wnioski, ale teraz już coś się wyklarowało. Chodzimy do przedszkola. On i ja. Razem. Ba! On nawet biega. Ja staram się pamiętać o wszystkich sprawunkach z tym związanych – nowe prześcieradło, świeża piżama, samochodzik do zabawy, bo koledzy mają … Codziennie coś nowego mam w głowie idąc do lub wracając z przedszkola mojego syna. Nie chcę nawalić. To cudowne miejsce. Widzę jak Zac lubi tam przebywać, jak się zmienia odkąd ma kontakt z „ciociami” i innymi dziećmi.

Postaram się poukładać myśli i nie wprowadzać chaosu w tej historii.

Na początku był niepokój. Przeprowadzka w trybie nagłym, nowa praca, nowe mieszkanie, nowe powietrze, nowe dźwięki …. Na samą myśl o tym, że mam moje ukochane, wypieszczone dziecię zostawić w jakimś nieznanym miejscu z obcymi ludźmi i jechać do pracy, było mi niedobrze. W ogóle zauważyłam, że ostatnio moją reakcją na toksyczny klimat są najprawdziwsze mdłości. Całkiem fizjologicznie prawidłowo, he? 😉 No więc bałam się.

Dopiero po kilku dniach zadzwoniłam do dyrektorki przedszkola, do którego chodzi synek mojej przyjaciółki z dzieciństwa. Rozmowa była OK. Często już przez telefon z nieznajomą osobą rozmawia się „dziwnie”. Tym razem nie zrobiło mi się niedobrze;) Pojechaliśmy „pogadać”, zobaczyć, dotknąć … Podczas gdy ja rozmawiałam z Panią Dyrektor w sali Maleństw czyli najmłodszej przedszkolnej grupy, Zac eksplorował. Natychmiast dorwał się do zabawkowych kuchenki i kranu, a po kilku minutach zaczął przynosić zabawki nie mnie, a Pani Dyrektor albo „Ciociom”. Nie była to jakaś bardzo złożona interakcja, ale sam fakt, że moje „dzikuskowate” dziecko tak szybko nawiązało jakikolwiek kontakt z „obcymi babami” spowodował, że odetchnęłam z ulgą. Intuicja mówiła mi, że to TO miejsce.

Po wcześniejszej adaptacji w dwóch innych przedszkolach, gdzie w pierwszym byliśmy ewidentnie niegotowi, a w drugim pani opiekunka przez 3 wizyty nie odezwała się do Zachariasza ani słowem, pogodny klimat i luźna atmosfera tym razem były zaskoczeniem – „to tak się da?”. Posiedzieliśmy w przedszkolu razem około 3-4 dni…, a może 5? Nie pamiętam dokładnie… Nikt nie robił ciśnienia, nikt nie popędzał… Któregoś dnia chciałam podczas naszych adaptacyjnych dwóch godzin na chwilę wyjść i wrócić… Jak tylko Zac usłyszał hasło „Mama na chwilę wychodzi, ale zaraz wróci”, odpuścił zabawę i był gotowy do wyjścia. Ugh. Wtedy się przestraszyłam, że choć to odpowiednie miejsce, rozstania będą zbyt traumatyczne. Nie ma we mnie zgody na płacz mojego dziecka spowodowany tęsknotą i przeświadczeniem, że „dzieje się tragedia”. Daję Zachariaszowi czas. Chyba dlatego, że sama potrzebuję zwykle chwili, żeby wszystko wokół „przetrawić”, zrozumieć, poukładać sobie w głowie dany sposób funkcjonowania. Widzę, że moje podejście do jego poznawania świata odnosi dobre skutki, więc jestem konsekwentna. Za wszelką cenę chciałam uniknąć dramatu. Z drugiej strony, potrzebowałam już zacząć bywać w redakcji, skupić się na innych obowiązkach, niż „mamowe”.

Zac w przedszkolu

Zac w przedszkolu

Skoro powiedzenie mu, że wychodzę w trakcie zabawy, spowodowało jej przerwanie, postanowiłam powiedzieć mu wcześniej. Dopóki nie muszę „ściemniać” w dobrej rodzicielskiej wierze, staram się tego nie robić. Zapadła więc decyzja o tym, że powiem mu w domu lub w samochodzie, że „idziemy się bawić, a jak on się będzie dobrze bawił, to mama na chwilę wyjdzie i potem wróci”. Miałam to zrobić „jutro”, ale „dziś” ciocie z przedszkola w którymś momencie powiedziały „proszę wyjść, my mu wytłumaczymy”. Posłuchałam. Siedziałam pod drzwiami i serce mi się krajało. Trwało to wieczność. Słuchanie płaczu mojego dziecka przez drzwi – tragedia i serce w rozsypce. Zastanawiałam się co zrobię, jeśli on nie przestanie. Zabiorę go stamtąd? Kiedy uda się w końcu rozstać w przedszkolu z uśmiechem na ustach i bez ścisku w żołądku? Nie mam pojęcia w jaki sposób udało mi się wyrazić w myślach tyle obaw w tym jakże względnym czasie około … 5 minut!

Dokładnie tak – 5 minut. Tyle mój wypieszczony syn marudził w przedszkolu z powodu tęsknoty za mamą. Wow. Pani Dyrektor, która była w sali z dziećmi w tym czasie twierdzi, że „to chyba nawet nie było 5 minut”. Wyszła z sali, gdy Zac się uspokoił i zajął zabawą, poleciła mi jechać załatwić kilka spraw i wrócić po smyka za godzinę. Tak zrobiłam. Posłusznie wykonałam polecenia doświadczonym „cioć”, wobec których poczułam zaufanie i opłaciło się. Kolejnego dnia zrobiliśmy tak samo – Zac został tym razem uprzedzony o tym, że wyjdę. Wyszłam w trakcie zabawy. Było OK. Z tego, co pamiętam zrobiliśmy tak 3 razy. Potem jeszcze raz w poniedziałek, bo po weekendzie, mógł się odzwyczaić.

We wtorek został na leżakowanie. Patrzyłam na telefon czy nie dzwoni do mnie przedszkole z komunikatem „proszę zabrać stąd tego panikarza”. Nic takiego się nie stało. Odbierając go dowiedziałam się, że po prostu … położył się i zasnął. Nieco gorzej było ze wstawaniem. Zac będąc ze mną lub z naszą najlepszą na świecie nianią Kasią, o której Wam napiszę wkrótce, miał ten komfort, że niczego nie robił „tak jak inni”, ale wszystko „po swojemu”. Jeśli więc miał ochotę dłużej poleżeć lub dospać, po prostu to robił. Tu nie ma takiej opcji. Ma się wyspać i wstać, choć oczywiście przedszkolne ciocie chętnie przytulają zaspane maluchy, które tego potrzebują. Zatem, pierwsze leżakowanie zakończyło się fochem, bo Zac nie skumał „o co chodzi z tym wstawaniem”. Kolejnego dnia, po tym, jak mu wytłumaczyłam, że fajnie jest wstać, bo można się pobawić i jak jest smutno, to warto się przytulić do cioci, było już dużo lepiej. Trzeciego dnia leżakowania Zac podobno obudził się psychicznie przygotowany na konieczność wstawania i focha odpuścił zupełnie. Mistrz!

Zatem dwie sprawy, które najbardziej mnie martwiły, czyli rozstanie i spanie, ogarnęliśmy całkiem sprawnie. Pojawiły się jednak okoliczności „fristajlowe”, których nie dało się dokładnie przewidzieć. Mianowicie… Zac, który swoje dotychczasowe życie przebywał raczej z ludźmi dorosłymi, ewentualnie starszymi od siebie dziećmi, który zwykle miał koło siebie kogoś, kogo uwaga była skupiona na nim w 100%, teraz potrzebuje nauczyć się zabawy i funkcjonowania w grupie innych małych dzieci. Dzieci, które bawią się w sposób dziecięcy czyli np. oglądają obrazki, odpowiadają na proste pytania cioć przedszkolanek, wskazują kolory i zwierzęta … Zac tego nie robi. Nie widzi w tym sensu. Funkcjonując w dorosłym świecie, nauczył się tego, że wszystko robi się w jakimś celu. Jeśli się bawimy, to raczej na zewnątrz, na sportowo. Ja nie należę do mam, które spędzają czas na „wałkowaniu” tych samych książeczek i obrazków. Nie uważam też, że jest w tym coś złego. Mnie to nie kręci. Zresztą, właśnie po to Zac chodzi do przedszkola – żeby nauczyć się funkcjonować w grupie i nabyć nowe umiejętności, szczególnie te, których nie nauczy się ode mnie. Right?

Kolejny temat to porozumiewanie się. Zac nie mówi. Przynajmniej nie w języku, jaki znam. Myślę, że to z powodu sporej liczby nietuzinkowych bodźców, ekspozycji na języki obce i braku „dzieciowych” zabaw, Zac wciąż układa sobie w głowie wyrazy i zdania. Właściwie nie tylko w głowie, bo nie należy do cichych dzieci. Po prostu swoje pięknie intonowane monologi i pytania wypowiada w swoim indywidualnym języku. Dźwięki, jakich używa i zbitki sylab zmieniają się i słyszę, że coraz bardziej przypominają słowa. Nie popędzam go, bo po co? No właśnie – ja nie muszę, rozumiem go bez słów. Inni niekoniecznie. Nie wiem jak to jest nie wiedzieć o co chodzi Zachariaszowi. On sam natomiast stara się zwrócić na siebie uwagę i uczy się wyrażać swoje emocje nie będąc w centrum uwagi. No i tu pojawia się temat dyscypliny, konsekwencji i zachowań niebezpiecznych.

Już w pierwszych dniach Zac zdzielił kilkoro dzieci po głowie – ręką, żółtą wyścigówką, łyżką… Miał też pomysł, żeby wcisnąć koleżance gałkę oczną do środka głowy swoim kciukiem… Zwykle jak rozrabia, bo należy nazwać te zachowania właśnie w ten sposób <?!>, wie, że robi źle i daje się namówić na przeprosiny. Skracając całą historię na ten temat – moja i przedszkolnych cioć w tym głowa, żeby konsekwentnie i natychmiast takie zachowania określać jako nieodpowiednie, nagradzać te dobre i nie odpuszczać. Jest to dla mnie niezły trening, bo mam w domu małego spryciarza, który wykorzysta każdą lukę w tym systemie 😉 No cóż, choć chcę, żeby moje dziecko miało twórczy umysł i kreatywnie podchodziło do życia, potrzebuje nauczyć się wykorzystywania swojego potencjału tylko w słusznych sprawach. Pracuję nad tym.

Zac spędził też kilka chwil z panią logopedką w przedszkolu. Nie miałam nic przeciwko temu. Okazało się, że „niewiele udało się zrobić” podczas tego spotkania. Zac nie był zainteresowany pokazywanymi obrazkami, nie odpowiedział na żadne pytanie i nie patrzył na panią. To wzbudziło niepokój. Tyle, że na razie nie mój. Doskonale go rozumiem. Stety/niestety. Wychowując Zachariasza sama, mam świadomość, że w wielu kwestiach kopiuje moje podejście do ludzi i świata. Jeśli ktoś lub coś jest nieciekawy lub nie proponuje czegoś, co jest atrakcyjne, naiwnie szczere dziecko po prostu sytuację zignoruje. Dorosły znajdzie w sobie być może tyle taktu, żeby dyplomatycznie się wycofać. Słysząc, że konsultacja logopedyczna odbyła się w małym pokoiku na poddaszu przedszkola i Zac poszedł do tego pomieszczenia sam, bez protestów, za rękę z panią, którą dopiero zobaczył na oczy, jestem szczerze zaskoczona. Brawo Synu! Cieszę się, że nie pogryzłeś <:D> tej pani, ani nie uciekłeś z pomieszczenia z płaczem. W moim przekonaniu to sukces, że obyło się bez strachu.

Zac niemal 3 lata swojego życia spędził ze mną, robiąc rzeczy wszechstronnie rozwijające, ale zupełnie inne od tego, co robi teraz. Wiem, że gdy stworzy mu się sprzyjające warunki, wykorzysta wszystko, co już wie. Poza tym, w kwestii chłonięcia nowości, jest bardzo typowy – zapamiętuje wszystko bardzo szybko i potem korzysta z tego, co widział lub czego doświadczył. Czasem uda mu się odpowiednio zastosować nową wiedzę, kiedy indziej, wychodzi zabawnie. Pewnie niejednokrotnie wychodzi i będzie wychodzić niebezpiecznie. Od tego jesteśmy my – opiekunowie, rodzice, żeby nauczyć pewnych norm lub przynajmniej starać się uświadamiać maluchy. Bardzo szybko w przedszkolu usłyszałam „on się niczego nie boi”. Nie dopytywałam czy to dobrze czy źle. Ja wiem. To wspaniale. To stwarza nieograniczone możliwości – w sporcie, w nauce, w podejmowaniu nowych wyzwań. Sprawność fizyczna Zachariasza będzie mu podsuwać rozwiązania w innych dziedzinach. Nie od dziś wiadomo, że tak to działa.

Dziękuję pani logopedce z naszego przedszkola i ciociom opiekującym się dzieciakami codziennie za to, że dają nam czas. To niezwykle ważne. Znam Zachariasza jak nikt inny i już widzę jak bardzo się zmienił podczas tego pierwszego miesiąca edukacji przedszkolnej i swoistej socjalizacji. Każdego dnia przecieram oczy ze zdziwienia widząc i słysząc jakie pomysły ma mój syn. Inaczej bawi się zabawkami w domu, inaczej podchodzi do ludzi, do innych dzieci. Jest bardziej samodzielny i chętnie przejmuje inicjatywę. To dopiero miesiąc, a ja już mogłabym w nieskończoność wypisywać sfery, w których rozwinęło się moje dziecko. Dziękuję pani logopedce, że zamiast wysyłać Zachariasza niezwłocznie do psychologa, wysłuchała co mam o nim do powiedzenia i powiedziała: „to nie jest złe, to jest po prostu … inne.” <3

To wszystko dzieje się, bo daliśmy sobie czas. Taaak. Dzieci uczą cierpliwości jak nikt inny. Wyczekaliśmy do momentu, w którym oboje chcieliśmy i potrzebowaliśmy przedszkola i czasu dla siebie. Fakt, że Zac już uwielbia swoje przedszkole z całą pewnością zawdzięczamy temu, że zmiany miejsc, otoczenia, ludzi wokół już wpisały się w nasze życie jako stały, niezbyt zaskakujący element (btw „stałe zmiany” – oksymoron mistrz!). To było naturalne i w sumie przyjemne, choć przyznaję, że najprzyjemniejszy jest moment, w którym odbieram Zachariasza z przedszkola i biorę go w ramiona po kilku godzinach mojej pracy, a jego edukacji. Bajka.

Od zawsze staram się być z Zachariaszem szczera, opowiadać mu o tym, co się dzieje i teraz jestem z niego bardzo dumna. Wiem, że przed nami sporo ważnych momentów, czasem trudnych sytuacji, na pewno kontrowersyjnych zdarzeń. Tacy jesteśmy. Nie żałuję.

p.s. co z pieluchami i jedzeniem? Choć Zac poza przedszkolem raczej nie potrzebuje pieluszki, w przedszkolu, jeszcze ich używa. Ciocie nie widzą w tym problemu. Jeśli chodzi o jedzenie, moje dziecko w ubiegłym tygodniu zjadło m.in. krem z groszku, zupę brokułową i pizzę. Zajada się też zupą pomidorową, której wcześniej nie lubił. Kuchnia przedszkolna rządzi! Przypomnę też, że wciąż karmię Z piersią. Ha!

 

2 comments

  1. Nawet nie wiesz jaki potrzebny był mi ten post. Pokazuje, że nic na siłę i bez pośpiechu. Mnie i mojego bąbla też czeka rozstanie, bo niedługo skończy rok. Czeka, ale… jeszcze nie teraz. Jasne, że chcę wrócić do pracy, że trzeba mi oddechu, tego ‚czegoś – mojego’. Odzyskania kawałka tylko mojego świata? Ale patrzę na mojego malucha i ja widzę, że on nie jest jeszcze gotowy na rozstanie z mamą. A ja z nim? Też nie. Właśnie przez to, że chcę mu dać jeszcze czas. Mój syn jest w trakcie głębokiego kryzysu separacyjnego i nie mam ochoty walczyć z nim w tym momencie przez zostawianie dziecka w żłobku czy z nianią. Otwieramy się na świat, na inne dzieci, ale po naszemu. Nie da się ubrać dziecka w ramę – stwierdzić, że jak ma rok to powinien to a jak dwa to tamto. Mam gdzieś takie szufladkowanie.Także dzięki za motywację – wiem, że za jakiś czas będą możliwe inne rozwiązania – a póki co nastawiam się na pracę z domu:)
    P.S. Zachariasz wymiata jako przedszkolak;) Coś czuję, że pokaże innym dzieciakom co to jest prawdziwa zabawa:)

    1. dzięęęęki! będzie ciąg dalszy tej historii, bo każdy dzień przynosi coś nowego. Przedszkole jest mega! W odpowiednim czasie oczywiście i pod warunkiem, że wiemy po co nam ono 😉 U nas aktualnie sporo pracy nad „prawidłową” postawą przedszkolaka, ale jest frajda (choć też sporo stresu). Pozdrooowienia <3

Leave a comment