L jak Livigno, L jak LOVE

28 grudnia 2013

PIES na … zwierzaki

28 grudnia 2013

UWAGA, marchewka, blisko czyli EMPATIA rulezzz

28 grudnia 2013

Cieszy mnie to, trochę rozśmiesza, napawa dumą i motywuje … bardzo, bardzo. Właściwie nie wiem co mam powiedzieć, gdy słyszę „ale Ty masz grzeczne dziecko” albo „ale on jest spokojny”. Zac nie jest spokojny i myślę, że nie różni się od innych dzieci. Fakt jest jednak faktem, że bardzo procentuje mi/nam nasza bliskość. Dzięki temu, że go słucham, choć jeszcze nie  mówi, nie ogarnia mnie frustracja, gdy rzeczywistość odstaje nieco od mojego DREAM-PLANU. Właściwie wymarzony plan to taki, który uszczęśliwia moje dziecko, więc szukam tego środka, optymalnego kompromisu potrzeb i życzeń. Poza tym przyświeca mi myśl „KIEDY, JAK NIE TERAZ?”. Zac już wkrótce może się krzywić na moje publiczne buziaki czy przytulanie, stąd pielęgnuję aktualność i upajam się jego – mego księcia – każdym spojrzeniem. Ale po kolei…


Nie jestem mamą-omnibusem. Ba! Jedynym punktem zaczepienia w mojej głowie wcale nie jest Zac. Oprócz pieluch, nowego słodkiego dresiwka czy rampersa, mam w myślach także manicure, nową kurtkę na dechę, wyjazd do Zakopca albo nad morze, Możdżera, tudzież „jaman” Bednarka …. No. I jeszcze sporo innych rzeczy. Przyznaję jednak, że wszystko, co bezpośrednio nie wynika z faktu bycia mamą albo nie pojawiło się w mojej głowie ze względu na dziecko, w końcu i tak w niej zostaje albo ewoluuje właśnie z myślą o Z. No bo, skoro Bednarek, to wspólne bujanko, skoro decha, to harce na śniegu razem, skoro manicure to fantazja fajnej mamy-laski z pięknym wylansowanym synalkiem 😀 Hihi! Tak czy siak, życie samo się nam tak ułożyło i skoro tak jest, warto czerpać z niego garściami. Czerpię więc „mamowatość” wielką koparką i połykam zachłystując się jej wspaniałością, a czasem krztusząc nieco jej trudami. Tak, tak, nie zawsze jest różowo, wesoło, odjazdowo, fristajlowo, beztrosko. Powiedziałabym nawet, że ostatnio bywa wręcz odwrotnie…., ale co tam, robię, co mogę, żeby było git i „nie biorę do bani”. No bo po co!?

Uczę się tego „czilowania” z każdym dniem i każdym kopniakiem od losu, pamiętając, że jednak zachariaszkowy kop naprzód jest najsilniejszy. Z jednej strony jestem „z tym wszystkim” sama, z drugiej zawsze znajdzie się ktoś, kto w danej sytuacji jest na wagę złota, kogo jedno słowo powoduje, że już nic nie jest straszne albo przynajmniej wiem, że naprawdę „będzie dobrze”. Chcę się Wam przyznać, z wdzięczności za Wasze wiadomości i maile, że moja extremamowa odwaga i optymizm to wypadkowa tego, że jednak łapię marchewki, a nie kije. Przynajmniej staram się. Marchewki ciągną mnie do góry, inspirują, motywują i powodują uśmiech od ucha do ucha. Nauczyłam się wykorzystywać je maksymalnie. Tak, jak dobre rady i doświadczenie naprawdę życzliwych mi osób.

Choć wielu rzeczy w życiu trzeba doświadczyć osobiście, psychika i zdrowie dziecka to nie jest najlepsze laboratorium czy poligon doświadczalny. Bardzo szybko zaufałam kilku znajomym mamom, posłuchałam co mają do powiedzenia, zmiksowałam, dodałam do tego kilka książek i artykułów… Do tego Siostra Ania – niech nam żyje! Górą i tak jest mamina intuicja, pod warunkiem, że się w nią wsłuchamy i zadamy sobie pytanie: „czego naprawdę chcę dla mojego dziecka i dla siebie?”. Wtedy, po dodaniu tejże intuicji do tego, co już mamy w „blenderze wiedzy”, następuje harmonijny stan szczęśliwości wewnętrznej. Nagle nie ruszają nas złośliwe komentarze, dzieci znajomych, które szybciej mówią/chodzą/siadają/używają nocnika czy gadżeciarski wózek sąsiadki. Potrafię cieszyć się każdym spojrzeniem Z, a dziś na przykład piszczałam z radości jak wariatka, bo okazało się, że moje dziecko na tyle uważnie na mnie patrzy, że potrafi SAMO robić (w sensie dmuchać) bańki mydlane <?!>… Z tych wspólnych chwil wyłania się często obraz spokojnego Zaczka, który nie świruje w kawiarni, w autokarze do Livigno, który potrafi zająć się sobą, gdy ja z kimś rozmawiam … No cóż, gdzieś ta energia ma ujście wcześniej lub później – Z biega po domu do północy, wyłącza babci dekoder 10 razy z rzędu, choć „leci” akurat obowiązkowy serial, a czasem po prostu potupie sobie ze złości, bo nie chcę mu włączyć suszarki do włosów, gdy tego zażąda… Typowe 17-miesięczne dziecko. Biorę jeszcze pod uwagę fakt, że Zac jest wrażliwy, że reaguje na każdą moją emocję … To pomaga. Aaaaa, no i najważniejsze – stawiam się w jego sytuacji.

EMPATIA. Sprawdza się w każdym momencie. Idzie sobie babcia pchając dumnie wózek spacerowy ze śpiącą w nim wnuczką. Świeci słońce. Wnuczce prosto w twarz. Mówię: ” świeci jej słońce w twarz”, babcia na to: „nic nie szkodzi!”, ja: „a pani lubi, jak pani tak świeci?”… Babcia oczywiście odchodzi i nic nie odpowiada. Nie chcę mieć racji, ani satysfakcji. Nie o to chodzi. Zwyczajnie nie rozumiem jak można być takim głąbem, żeby nie wiedzieć, że jeśli my z jakiegoś powodu nosimy okulary przeciwsłoneczne, prawdopodobnie przydadzą się one też dziecku…. Wiem, Zac też nie lubi nosić nawet swoich wypasionych „babiatorsów”…, ale na rozłożony daszek nad wózkiem nie narzeka. Dzięki temu śpi lepiej, spokojniej, bardziej wydajnie wypoczywa… To podejście ma zastosowanie w wielu sprawach. Jeśli zastanowimy się o co chodzi naszemu dziecku, oszczędzimy mu płaczu czy chwil frustracji, więc ono nie będzie zużywać na nie energii. Wykorzysta ją nie tylko na zabawę, ale też wzrost, zdrową kondycję, równowagę psychiczną… Nie od dziś wiadomo, że w zdrowym ciele, zdrowy duch. Okazuje się, że odwrotnie też ma to zastosowanie – W ZDROWYM DUCHU, ZDROWE CIAŁO. Ot co! Nasze szczęśliwe dziecko, bo posiadające rodziców, którzy go słuchają i rozumieją, chętnie będzie podejmować nowe wyzwania i szybciej zaufa nam w nowych sytuacjach, będzie pogodne i w dobrej formie. Ba! Będzie ufać także innym i rozkwitać z każdym nowym doświadczeniem.

Mam to szczęście, że sporo czasu spędzam z Zachariaszem sama. Mam więc wpływ na jego postrzeganie świata i podejście do wielu spraw, także trudnych lub kontrowersyjnych. Kształtuję go, ale chcę, żeby widział alternatywy. Choć najchętniej nie wypuszczałabym go z ramion, widzę jak bardzo potrzebuje nowych bodźców. W sumie kręci mnie to, że skoro jest mną „najedzony”, nie szuka „maminego pożywienia” w postaci bliskości, ale coraz chętniej zapuszcza się w nieznane. Wie i czuje, że go nie zawiodę. Wow!

Wracając do pierwotnej myśli, tudzież założenia tego postu … Będąc z Z codziennie, słuchając co ma mi do przekazania, widząc czego się boi, co lubi albo co jest według niego kompletnie bez sensu, jestem w stanie przewidzieć jego ruch, wyartykułować myśl … Mega! Pewnie wiecie co mam na myśli <:D>. Czasem bywa ciężko, każdy „pierwszy raz” może być trudny albo mniej harmonijny … Ja z tych chwil także czerpię garściami. Wtedy uczę się go i siebie najlepiej, najmocniej, na maxa, na przyszłość.

Tak, chętnie spotkam się z Wami w kawiarni nawet jeśli Wasze dziecko będzie w niej pierwszy raz. Co z tego, że może być głośno, krzykliwie czyli typowo dzieciowo …?! Następnym razem będzie już bardziej cywilizowanie. Trzecia wizyta w kawiarni będzie już krokiem milowym niczym „skok rozwojowy” malucha. Powiem Wam też, że to nawet zabawne jak Zac ze szczerym zdziwieniem patrzy na drące się „bez powodu” w miejscach publicznych dzieci … On tak nie robi <tfu!tfu!>, bo nie ma powodów…, bo gdy jestem z nim, nie mogę mieć nic ważniejszego do zrobienia. Przecież nie po to biorę go do kawiarni, żeby porozmawiać z przyjaciółką – he? 😛 Wiem… – będzie coraz trudniej. Znajdziemy na to sposób. Chcemy być razem, bo sobą wzajemnie oddychamy i napędzamy się na relacje z innymi.

Howgh!

4 comments

  1. czytajac posta juz nie moge sie doczekac jak urodze moja mala i tez tak bedziemy cudnie spedzac czas i uczyc sie nawzajem:) rozumiem, ze tez czytalas ksiazke "rodzicielstwo bliskosci"?:))
    Monika

Leave a comment