Luksus w Hamaku

10 maja 2015

NO GAMES PLEASE

10 maja 2015

SuperHero Mama

10 maja 2015

Życie w nowej rzeczywistości niezmiennie mnie podkręca. Pozytywnie. Nie chcę już nudzić i może w końcu znalazłam się w czasoprzestrzeni, która będzie mnie permanentnie stymulować. Ech, cóż za zmysłowe <!!!> słowo.

Właśnie skończył się kolejny tydzień. Mam milion spraw do ogarnięcia, takich przyziemnych, które dają się łatwo zagłuszyć tym zajawkowym. W tym tygodniu głowa była zajęta. Oj bardzo. W poniedziałek od rana łzawiły mi oczy, skończyło się mleko do kawy. Hmmm, w sumie to nie piłam kawy, tylko „inkę”, bo ostatnio od kawy serce chce mi wyskoczyć z piersi (o piersiach i o sercu też będzie. Nie wiem czy tu w tym wpisie). Zac’owi rosną „jakieś dziesiąte” zęby, więc ostatnio średnio przesypia noce i rano nie chce wstawać. Odstawiam go do dream-przedszkola dopiero około 10:00.

"Tak będę leżał!"

„Tak będę leżał!”

Za to śniadania ogarniam na wysokim poziomie – puszyyyyste „pankejki” (hmmm, nie to nie to samo co naleśniki) z nutellą. Miód też się skończył, więc herbata jest z syropem i cytryną – wchodzi. Zac rano, jak już się łaskawie obudzi, bywa dinozaurem, tudzież smokiem, i mnie … liże. No wiecie, jak Szczerbatek w „Jak wytresować smoka” (czy on tam kogoś liże?! w każdym razie Zac jak to ogląda, to liże mnie troskliwie). Dobrze, że zwykle mejkap robię  w drodze do pracy. Lizanie a’la Nocna Furia nie sprawia mi więc przykrości, a nastraja błogo.

Rano chwilę zajmuje mi ogarnięcie stylówki, także na wypadek prób kamerowych. Następnie outfit mego … mini, ale jednak, Wikinga. Zac nie zapomina zabrać swoich dwóch, na szczęście małych, dinozaurów, jeszcze mniejszego lamparta i hipopotama. Okazuje się jednak, że z tak zajętymi rękoma, nie może trzymać kierownicy rowerka… No dramat! Wrzuciwszy mi menażerię do torby, pozwala swoją cenną głowę wyposażyć w kask i wyjeżdża z mieszkania. Zbieram torby, nie zmywam po śniadaniu, upewniam się, że kosmetyczkę mam przy sobie, wychodzę i ja.

 Ups, zimno. Zawiewa. Dopiero co ogarnęłam wstrętny katar. Mam czapkę? Nie wiem. Zac ma moją na głowie. Dobra jemu zostawię inną, bo mam w torbie jako „zapas”, a sama wezmę tę jego czyli moją. Nieee no wracam po parkę, bo serio piz*a złem.

Sprawnie to idzie, bo za chwilę jesteśmy w przedszkolu. „Zac weź tylko jednego dinozaura, reszta poczeka w samochodzie aż wrócisz z przedszkola”. No problem. 100% kumacji. LOVE ZAC. Buziak, to pa.

Buziak i pa.

Buziak i pa.

Jadę i ja. Telefon. Rozmowa. Hmmm, gdzie te korki? Miałam ogarnąć mejkap. Trudno, ogarnę na parkingu, jak dojadę. Pamiętam ten moment jak po nałożeniu różu, patrzę w lusterko w Suzi – najs. Właśnie po to się malujemy drogie panie – co by się ślinić na swój własny widok 😉

Praca. Telefony od znajomych w innych sprawach. Czat z koleżanką, której książę z bajki okazał się palantem i do tego tchórzem. Don’t Worry Joan – będzie przepięknie! W pracy power – tak mi pasi bycie tam, że serio przestanę pić w domu kawę. Napędzam się zajawką na robotę. Czad. Done.

Jadę po Z. Jak zwykle nieco zestresowana. Nie lubię słuchać, że komuś w przedszkolu dokuczał. Jednocześnie wiem, że potrzebuję tej wiedzy. Jest też coraz lepiej, więc czilllll mamma….

Biorę Z, przytulam, spotykam koleżankę, nasze chłopaki się bawią, żegnamy się … Żegnamy się z pięć razy jak przystało na polskie zwyczaje. Ale jesteeeem głodna. No dobra, lecę po obiad. Rozmawiam przez telefon. Już chyba nie lubię z Nim rozmawiać. Przynudza, marudzi, szuka własnych korzyści, bleeee.

O jaaaaa, a zakupy. No dobra, najpierw jemy.

Fun, lizanie, Szczerbatek, rowerek … Jedziemy na zakupy. Oł maaaaj, ile ja potrzebuję rzeczy kupić… H&M, apteka, supermarket…. Już wiem, że nie będzie łatwo z wypakowaniem wszystkiego z auta. Oby Zac nie chciał „na rączki”.

Zakupy. Płyn na najwyższej półce. Proszę o pomoc obsługę. Dwa razy. Wciąż nie mam płynu. Znajduję więc drabinkę, wyciągam ręce na maxa – jest! Dosięgam, biorę, git. Wychodzi na to, że z tak jak z tym płynem, tak jest ze wszystkim. W swoim czasie, po swojemu, samodzielnie.

Dni są pełne takich wyzwań. Pobieranie próbki na badania, cierpliwe tłumaczenie prostych, choć irytujących sytuacji, zmęczenie, czasem zniechęcenie, …opanowanie, wielka miłość, sukces dnia codziennego. Możnaby rozkładać dni na czynniki pierwsze i jeśli tego potrzebuję, robię to. Wtedy nie wydaje mi się, że nie daję rady. Wtedy widzę ile ważnych spraw się już dziś wydarzyło.

Czuję niedosyt. To dobrze. W ten sposób jest „po mojemu”. Czego i Wam życzę.

Leave a comment