Wszyscy faceci są tacy sami. Znajdź takiego, który irytuje cię najmniej.

3 sierpnia 2016

Język jego giętki … czyli dlaczego on JESZCZE nie mówi?!

3 sierpnia 2016

Skupiam się na tym, co ważne czyli na doświadczaniu chwili. Mam najlepszego nauczyciela.

3 sierpnia 2016

Zachariasz jest moim mistrzem w kwestii wyrażania siebie i formułowaniu swojej woli. Nauczył mnie żyć w zgodzie z hasłem „Dlaczego nie?” (w obcowaniu z dorosłymi często brzmi to Why kur*a NOT?).

Spędziliśmy prawie tydzień w Białce Tatrzańskiej. Na etapie planowania tego wypadu, zastanawiałam się chwilami „po cholerę my tam jedziemy?!”. Nie ma tam wyciągu do wakeboardu, śniegu w lipcu też brak. Po Białce raczej na deskorolce z dzieckiem nie pośmigam, bo nawierzchnia i warunki nie sprzyjają. Generalnie nie planowałam robić tam niczego konkretnego. Pojechaliśmy. To była dobra decyzja.

Mieszkaliśmy na szczęście na uboczu – niedaleko centrum, ale nie w samym środku zdarzeń. Nooo, zależy oczywiście kto, jakie zdarzenia sobie ceni. Mnie odpowiadało sąsiedztwo krów, konia, kur, głośno beczących owiec i jeszcze głośniej piejącego koguta. Sielanka każdego poranka w Białce – Zac wyglądający przez okno i naśladujący poranne pianie. Codzienny plan to nieśpieszne spacery z Lajlą – do krowy, bo trzeba pogłaskać, do konia w stajni, bo trzeba sprawdzić czy stoi…, do koni na pastwisku, bo może zmokły podczas deszczu… Najprawdziwsze SLOW LIFE, choćbym nie wiem jak się wzbraniała. Siłą rzeczy resetowałam zwoje i połączenia nerwowe. Bardzo to miła czynność. Brałam na każdy spacer aparat. Telefon był schowany w kieszeni. Nic nie musiałam, a mogłam wszystko. Oddychałam i łapałam każdy podmuch wiatru. Naprawdę. Da się go złapać. Ma się wtedy wrażenie, że zostawia na twarzy opalizujące muśnięcie. Taki balejaż skołatanych zmartwieniami nerwów.

Trafiliśmy na idealną pogodę. Nie było bardzo upalnie, codziennie padało, po chwili wychodziło słońce. Niewiarygodna harmonia egzystencji – gospodarzy, zwierząt domowych, nas – turystów na uboczu. Po tygodniu, chciałam zostać dłużej, bo zaczęłam rozumieć ten rytm i czuć się w nim jak u siebie. Codziennie przechodziłam przez posesje górali, żeby na skróty dotrzeć do pastwiska, na którym pasły się konie. Codziennie mówiłam dzień dobry góralom człapiącym pod górę lub do stodoły. Codziennie mi odpowiadali.

„Spacerek?”

„Taaaak, trzeba. Męczę moją ferajnę, co by lepiej spali”

„Trzeba, trzeba”

„Pogoda dobra…”

„Ojjj, ten lipiec to w tym roku taki mokry…”

„Nie podoba się panu? ojjj, to zaraz sierpień będzie i słońca więcej”

„Taak? no dobra, to trzymam panią za słowo…”

I tak mniej więcej z każdym spotkanym lokalesem. Ze starszą przyjezdną panią, pewnie z jakiegoś dużego miasta rozmawiałam o jej synu, co to jedyny ze swojego towarzystwa zagraniczny doktorat zrobił i go od razu Włosi zgarnęli do pracy. Pogratulowałam pani latorośli. Nie omieszkała mnie ostrzec przed owsikami odzwierzęcymi i opowiedziała, jak to w Zakopanem dziś straaaasznie lało. Bardzo ważne sprawy.

Pierwszego dnia Zac bał się sam pogłaskać krowę sąsiada, drugiego biegł do niej i prosił, żebym ja głaskała, trzeciego, w pośpiechu wyjmowałam aparat, bo znajdował się przy krowie w mgnieniu oka troskliwie odganiając natrętne muchy i zdecydowanie trzymając rękę na krowiej mordzie. Konie najpierw karmiłam trawą ja, potem pomagałam Zachariaszowi zrywać duże kępy, żeby koniom na pewno smakowało, następnie ociekałam z zachwytu widząc jak lekko, po szamańsku, głaszcze konia po puchatym pysku.

O ile Zac przeszedł przyjemną dla oka lekcję przyrody, biologii, realioznawstwa, o tyle Lajla świetnie radziła sobie w swej socjalizacji. W hotelu, w którym mieszkaliśmy była winda, którą Zac lubił jeździć. Codziennie, kilka razy. Pierwszego dnia musiałam naszego kochanego pieska siłą do niej wciągać, a nawet gonić po hotelu, bo tak bardzo nie chciała wejść do „pojazdu”. Trzeciego dnia chyba, nawet nie zauważyłam jak mała dzielna łasiczkowata sunia weszła na luzaku z nami do windy, żeby pojechać do apartamentu. Naturalna kolej rzeczy. Da się.

Powtarzalne czynności, wykonywane z uwagą i spokojem, bez pośpiechu i stresu powodują harmonię. Dużo łatwiej i przyjemniej jest wtedy zorganizować wycieczkę, pojechać na chwilę do sklepu. Perspektywa powrotu do azylu jest tak kojąca, że ma się siłę i odwagę na więcej. To jest szczęście. Kiedy robisz to, co chcesz, w zgodzie ze sobą.

To nie było takie oczywiste od początku. Pierwszy spacer był nieco pośpieszny, bo dokądś zamierzałam dotrzeć. Każdy kolejny pozbawiony był tzw. ciśnienia. Szliśmy przed siebie, do góry, w bok, na przełaj, po kałużach, chlapiąc się w strumieniu wody spływającej z góry, skacząc po pastwisku i przez rowy. Słyszałam śmiech Zachariasza, nie potrzebowałam smyczy dla psa, łapałam piękne kadry. Pewnie, że kadrów nie odpuściłam. Zmysły wariowały od mnogości możliwości – słońce, chmury, wiatr, kropelki wody, kura, pies, dziecko … Zobaczcie choć trochę tego najprawdziwszego SZCZĘŚCIA.

Więcej na naszym Insta.

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

Białka Tatrzańska - Extremama

 

 

 

 

1 comment

Leave a comment