Mama kumpel czy matka mentor – jak rozwydrzyć dziecko?

13 września 2016

Jak cię widzą, tak ci obrabiają tyłek. Rzecz o pośladkach.

13 września 2016

Rana cięta głowy, a głowa zupełnie gdzie indziej.

13 września 2016
Extremama - lidiapiechota.pl
Extremama - Lidia Piechota
Extremama - Lidia Piechota

O tym, że matka jest zaprogramowana bezbłędnie, bez względu na okoliczności.

Pewnie widzieliście już, że wylądowałam wczoraj w szpitalu i miałam szytą brodę. Nie widzieliście? No więc, tak właśnie się stało.

Była godzina szesnasta. Spontanicznie wybraliśmy się z Marcinem do wakeparku w Zalesiu Górnym. W sumie nawet nie chciało mi się pływać, ale przecież nie będę leniuchować na pomoście, jak wyciąg stoi i można potrenować. Nie wiem jak to się stało, że sprawnie, w kilka minut od przybycia na spot, byłam już na wodzie. Nie zdążyłam nawet zrobić chaosu wypakowując 3/4 zawartości mojej surferskiej walizki, co, jak się później okazało, było bardzo przydatne przy szybkim „zawijaniu się” do szpitala. Ale, ale … po kolei. Marcin powiedziałby tutaj „do brzegu, do brzegu”, niecierpliwiąc się, że tak długo wprowadzam Was w temat. Skoro tu jesteście, to wiecie, że w tym tkwi cała zabawa i tematem faktycznym wcale nie jest moja rana głowy.

Przy drugim kółku na wodzie skoczyłam z małego kicker’ka (prosta skocznia postawiona na wodzie) i uderzyłam się … hmmm, nieprawda …. je*nęłam się kolanem w brodę zeskakując z przeszkody. Niefortunne ułożenie ciała w powietrzu… Tak, W POWIETRZU tak mocno dotknęłam kolanem własnej brody, że rozcięłam skórę, o czym nie wiedziałam, więc pływałam dalej. Dopiero 2-3 kółka później zobaczyłam krew na przedramionach i jeszcze raz sprawdziłam czy mam wszystkie zęby i całe kolano. Okazało się, że krew, na szczęście lekko, kapie z brody. Że to przecięcie i to głębokie poczułam dopiero jak Łukasz ściągał mnie na linie do brzegu, bo woda zaczęła mi wpływać pod przeciętą skórę… Hehe, pyszka, wiem 😉 Chłopaki na brzegu oczywiście dalej zajęci byli rozmową podśmiewując się, że panikuję, a tylko lekko się obtarłam. W sumie, miałam nadzieję, że mają rację i że pomoc lekarza nie będzie potrzebna. Mylili się oni, a moje nadzieje okazały się płonne. Dwóch z trzech mężczyzn obecnych w wakeparku natychmiast kazało mi jechać do szpitala, przynajmniej przyjąć zastrzyk przeciwtężcowy. Rana okazała się głęboka i starałam się nie sprawdzać jak bardzo rozchodzi mi sie skóra na brodzie, bo zaczynały mi mięknąć kolana. Dlaczego? Bo musiałam jechać do szpitala, bo nie wiadomo było jak dużo czasu to zajmie, a ja miałam zaraz odebrać syna z przedszkola. Otóż to. Rana raną, ale skoro nie broczyłam krwią i stałam na nogach, myśli pędziły do niego. Wiedziałam, że jakoś to ogarniemy i smyk trafi w moje ramiona tylko nieco później niż zwykle, ale zadziwił mnie ten mechanizm bezwarunkowego myślenia.

Jeszcze na wodzie, gdy zobaczyłam, że to krew z brody, pomyślałam „oby to nic takiego, bo przecież za godzinę odbieram Z z przedszkola”. Możecie się śmiać, Wy, którzy uważacie, że matki są zwykle nadopiekuńcze … Nie mam się za przewrażliwioną wariatkę, ale faktem jest, że nie pozwalam sobie na słabości, bo Zac ma mnie, a potem długo, długo nikogo. Uczymy się obcowania z różnymi ludźmi, a mój zuch świetnie się odnajduje w chwilach, kiedy opiekuje się nim ktoś inny. Jest dzieckiem otwartym i kochającym nowości. Niemniej jednak, konieczność ogarnięcia logistyki każdej takiej chwili, gdy JA NIE MOGĘ czegoś zrobić, bywa dla mnie na moment paraliżująca.

Pojechaliśmy najpierw do najbliższego szpitala, gdzie nikt nawet nie chciał na mnie spojrzeć, żeby sprawdzić na ile to poważna sprawa. Po drodze dzwoniłam do przedszkola zapytać do której godziny Zac może tam na mnie czekać, bo nie wiem jak długo zajmie ewentualne szycie brody. Ze szpitala wyszłam ze łzami w oczach, bo prognozowano mi 5-6 godzin czekania, a ja tyle nie miałam. Znowu okazało się, że jestem „za mało umierająca” i „zbyt dobrze” się czuję. Uwielbiam tę specyfikę polskiej, państwowej Izby Przyjęć. Podjechaliśmy więc do przychodni, żeby ktokolwiek ranę obejrzał … No way! Od 18:00 będzie ostry dyżur, a i tak na szycie odeślą nas do szpitala… Miałam dosyć. Dziecko w przedszkolu, mija codzienna pora odbierania go po zajęciach, a mi przecięcia nawet nie zdezynfekowano. Niewiarygodne, prawda?! Mogłam się walnąć mocniej i zalać krwią. Wtedy wyglądałoby to „lepiej” 😉

Nie wnikajcie w to czy miałam ze sobą wsparcie. Miałam i nie miałam. W takich sytuacjach następuje weryfikacja osobowości ludzi, z którymi obcujemy codziennie. Oczekiwania i potrzeby mierzą się z rzeczywistością. Brałam na klatę zdenerwowanie i znak zapytania co do działań medycznych. Jak już odesłali mnie z przychodni, wcieliłam w życie swój plan. Najpierw DZIECKO. Odebraliśmy Z z przedszkola. Potem tankowanie, bo paliwa w baku zero. Nie planowałam podróży do Warszawy. Następnie, prowadząc furkę, dzwoniłam (słuchawki! luz!) do szpitala Medicover pytając co zrobić, żeby załatwić to sprawnie. Pani pytała czy straciłam przytomność przy tym uderzeniu … Hehe, powiedziałam, że nie i nie dodałam, że w drodze na Izbę Przyjęć osobiście prowadzę samochód, wycierając co jakiś czas serwetką krople krwi kapiące z brody. Zac zobaczył moją ranę, pożałował mamusi, że boli i … zasnął. Brawo. Mogłam zająć się sobą. Gwoli ścisłości, mieliśmy ze sobą też psa, bo Lajla była z nami w wakeparku. EXTREME family <3 Marcin został w samochodzie ze śpiącą ferajną, a ja uderzyłam do lekarza licząc na to, że sprawa zostanie załatwiona szybko i sprawnie.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy 10 minut później leżałam na kozetce w gabinecie dyżurującego ortopedy (chirurga akurat nie było), a ten przygotowywał strzykawkę ze znieczuleniem na okoliczność … SZYCIA mojej brody. Ufff. Pomarudził chwilę, że w sumie to mógłby mi wystawić skierowanie do chirurga, bo ortopedia nie zajmuje się ranami głowy, a narządów ruchu, ale … Zaczęłam swą pieśń pochwalną jak to jestem wdzięczna, że tak rzeczowo zabiera się do sprawy i że mam małe dziecko i nie mogę tak latać od lekarza do lekarza i że właśnie on i tylko on może mi pomóc. Zebrałam opierdziel, że wysyłam SMSy, a to nie miejsce i czas na to, więc przeprosiłam i robiłam fotki z ukrycia, żeby móc Wam zrelacjonować przebieg wydarzeń. Młody, spokojny pan doktor Maciej nie omieszkał wypytać mnie gdzie pływałam „na tym wejku” i podzielić się informacją, że on to pływał w Januszkowicach (ha! sportowiec!). Wyrwało mi się, że ja jutro zmierzam w okolice Ruedy i zamierzam zawitać do wakeparku, na co on … „hola, hola, ale przez 10 dni nie można moczyć rany…”. Tja, spuściłam z tonu i podziękowałam za przywołanie mnie do porządku tłumacząc, że właściwie to potrzebuję odpoczynku i jest to świetna wymówka od „ciśnieniowania” i szukania okazji, żeby popływać gdziekolwiek i kiedykolwiek.

Efekt – dwa szwy, plaster z Muminkiem, udokumentowany Extremaming, Zac chcący co chwilę oglądać jak się goi moja rana – jestem bohaterką we własnym domu. I te zapytania „jak to?! przecięłaś sobie brodę KOLANEM?!” – to jest właśnie extremamowy GLAM! No i jadę jutro do Karpacza na EveryBoard Festival – będzie szacun, nieprawdaż? 😉

Podsumowując – dobrze, że w sumie nic mi się nie stało. Po raz kolejny przekonałam się, że MACIERZYŃSTWO to mój ukochany SPORT EKSTREMALNY i jedyna dyscyplina, w której zamierzam osiągnąć poziom wyczynowy. Taki pstryczek w nos, tfu!, w brodę bywa czasem potrzebny każdemu. Tadam!

P.S. Dziękuję Marcinowi, że towarzyszył nam w tej wyprawie wspierając mnie na duchu m.in. mówiąc „ja z czymś takim to bym nic nie robił, samo się zagoi” 😉 , a także wszystkim tym, którzy szczerze zainteresowali się moim losem i dzwonili lub pisali z troską. LOVE. Pamiętajcie, to po prostu kolejny sposób na lans 😉

2 comments

  1. Polska służba zdrowia, bez głowy pod pachą się tam nie wybierać 😉
    Dobrze, że nic się nie stało, ale co tam pewnie nie wytrzymasz tych 10 dni? 🙂
    Pozdrowienia!

Leave a comment