Lekarz vs Szaman czyli szarlataneria przejmuje kontrolę

29 sierpnia 2016

BORN TO BE A CELEBRITY – dzieciństwo w blasku flesza

29 sierpnia 2016

Pterodaktyle czyli historia mutacji motyli brzusznych.

29 sierpnia 2016

Boję się pterodaktyli. Po prostu. One nie są filigranowe jak motylki, nie trzepoczą delikatnie skrzydełkami i nie są lekkie jak piórko.

Pterodaktyle zajmują sporo miejsca. Często mogłoby go nie wystarczyć już na nic innego. Panoszą się i wiedzą jaką mają siłę. Są piękne w swej okazałości i karykaturalnie brzydkie w swej przesadnej potworności. Mimo to ich siła wyrazu jest jednoznaczna. Skoro są, to tak właśnie miało być. Nie pojawiają się przez pomyłkę, ani na chwilę. Nawet jeśli udaje się je wykurzyć, ślad po nich ma znaczenie. Archeologia zna te przypadki. Po latach odkryte tropy i ich analiza w celu rozkminienia o co im chodziło. Skrzydła pterodaktyli są ogromne i ciężkie. Zmiatają na swej drodze wszystko. Jeśli im na to pozwolisz. Oczywiście możesz się bronić. Najlepiej profilaktycznie. Ja tak robię. Na wszelki wypadek.

Nie wiem kiedy zaczęłam. Kiedyś tak nie było. Wszelkie latające muszyska, motyle czy nawet pterodaktyle pisklęta wlatywały mi do brzucha, a ja chętnie je przyjmowałam. Nie żałuję. Nie wiem tylko czy się przez to nie nabawiłam wrzodów. Teraz ani motyl, ani nawet upierdliwy giez się nie przedostanie. Tylko pterodaktyl, w swej zmutowanej postaci daje radę głośno się dobijać. Bronię się. Nie chcę ulec jego sile. Boję się, że będę przez to słabsza, rozproszona, nieuważna. To jak glista, której nie widać i żeby stwierdzić jej obecność należy wykonać skrupulatną analizę odchodów. Wtedy wszystko jest jasne. Jest! Wtedy można ją obwinić za wszystko. A pterodaktyla? Przecież on chce się tylko rozgościć. Właściwie sama go podświadomie zapraszam i upajam się jego niecierpliwością przed wejściem. Czyli jednak jestem niezdecydowana? Nie. Boję się.

Właściwie nie wiem czego dokładnie. Chyba najbardziej tego, że znowu układanka rozpadnie się na milion części, a jeden maleńki puzzelek zawieruszy się pod szafą. Szukanie go zajmuje czas i jest niezmiernie irytujące. Nie boję się tego, że sobie z poszukiwaniami puzzelka nie poradzę. Nie pierwszy i nie ostatni raz przecież. No właśnie. Stąd ten strach. Koło się zamyka. Tyle się tych puzzli naukładałam, że teraz … mi się nie chce. Hmmm, to źle brzmi. Tu nie chodzi o lenistwo. Raczej o harmonię lub jej brak. Nie jestem męczennikiem i nie rozpamiętuję porażek. Uczę się na błędach. Dlatego szanuję swoją energię. Nie tylko metafizyczną. Zwyczajnie czasem brak mi tchu. Taki fruwający pterodaktyl może człowieka zapowietrzyć, oj może. Nie mam nic przeciwko, jeśli, gdy nauczę się odpowiednio dawkować tlen, on nie odleci. Albo nie okaże się tyranozaurem. Wtedy nie mam wyjścia. Szukanie puzzelków w różnych częściach mieszkania okraszone przeraźliwym rykiem sfrustrowanego wyproszonego gada – nie, dziękuję.

Trwam zatem. Czekam? Snuję domysły, a marzenia same pojawiają się gdy tylko zamykam oczy. Uwielbiam je. Codzienna medytacja z idyllicznym obrazem okazałego pterodaktyla z błyszczącymi w słońcu oczami i skrzydłami, na których jest sporo miejsca dla mnie i dla Z … – tak, poproszę. Nie łapię dołka, gdy otwieram oczy. Dlatego, że, choć marzę, robię swoje i racjonalnie zajmuję stanowisko w sprawie priorytetu. I choć pterodaktyla nie wpuszczam, nie daję mu kosza. Nie dlatego, że nie wiem czego chcę. Dlatego, że nie wiem czego chce on. Wolę go takiego pozytywnie niepoznanego niż poznanego toksycznie. Nie no, nie zakładam, że ma złe zamiary. Istnieje jednak taka ewentualność, że sam nie zdaje sobie sprawy ze swojej siły. Wtedy jego obecność będzie zgubna. Przed tym się bronię.

Najwyraźniej bronię się skutecznie. Właściwie sama zaczynam być pterodaktylem. Mam wielkie skrzydła, które chętnie niosą. Mam wielki dziób <!!!> i skrzeczę dosyć donośnie. Mam też zrogowaciałą skórę <szczególnie na piętach ;)> i pewnie zatkane pory, stąd mutacja zdaje się postępować. A może to właśnie jest sposób? Najlepiej się ze strachem zaprzyjaźnić, poznać go, poczuć się jak on i rozumieć go bezbłędnie… Nawet wyjątkowo dorodny pterodaktyl nie powinien mnie powalić, jeśli sama będę czuła się równie silna. Ot co.

Chcę zostać pterodaktylem. Albo pterodaktylicą raczej. Taką, która nie tylko ma siłę chronić swe pisklę, ale także taką, która zmiata skrzydłami kurz z okolicy i zostawia niezaprzeczalny blask. Taką, która magnetyzuje silne osobniki nie dając im o sobie zapomnieć. Robi to bez wysiłku. Będąc i trzepocząc (rzęsami? skrzydłami?). Lubię myśleć, że już mi niewiele brakuje. Jak już będę pewna, że się udało, że mutacja przebiegła pomyślnie, chętnie odpłacę się temu pterodaktylowi. Jednemu. Temu najsilniejszemu. Wlezę i zostanę. Niech poczuje jak słodko jest nosić lidiowe pterodaktyle brzemię.

Chcę tak. Mam tę siłę. Choć mam też ten strach. Nikt nie chce się zmieniać, dostosować. A już tym bardziej, kto chciałby poddać się mutacji? Ten strach przed marnotrawieniem energii na przemianę, na dopasowywanie puzzelków i na usilne wmawianie sobie, że zamiast tego, który leży pod szafą, może wpasuje się ten spod komody… To obezwładnia. Nieco. Wtedy blask gaśnie. Czasem na chwilę, czasem na zawsze. Faktycznie nie chce mi się wciąż tych puzzli szukać i układać. Wiecie ile detali jest na rysunkach z pterodaktylami? To skomplikowane. Najmilej jest znaleźć przyjemny środek, umiar i porozumienie. Skoro tego puzzla nie ma, a pterodaktyl przez to nie ma na przykład zęba…, to może należy pójść z nim do dentysty? Ughm…, przykład z zębem nie jest zbyt trafiony biorąc pod uwagę moją obsesję na punkcie czystych i zadbanych zębów <Nisza, cicho tam! ;)>

Skoro pterodaktyli okaz musi się siłować i mimo niezaprzeczalnych walorów wciąż jego zamiary nie są jednoznaczne, może powinien odpuścić? A może raczej skupić się na jednoznacznym wyrażeniu siebie? To na pewno kuleje u pterodaktyli. Pterodaktylice w tej kwestii mają się znacznie lepiej. Jak chcą wejść, to wchodzą lub głośno pukają. No tak. Tylko, że one rzadko pukają, co by sobie tipsów w szponach nie połamać. Dlatego czekają aż się pterodaktyl określi i wtarabani. Onegdaj bywało inaczej. Przynajmniej w moim przypadku.

Przed mutacją motyli w pterodaktyle, stworzenia te były dużo bardziej prostolinijne. Nie dorabiały ideologii, a zamiast mutacji, przechodziły przyjemną dla oka przemianę. Często zdarzało się z niepozornej poczwarki wyhodować urocze okazy o pawich barwach. Znakiem czasu jest mutacja, nauka poprzez doświadczanie i konsekwencja w działaniu. Dlatego wcale nie żałuję, że nie jestem ani poczwarką, ani motylem, a mogę liczyć jedynie <aż> na imago pterodaktyla. Od dawna zamieniam słabości w siłę.

Od dawna jestem też niecierpliwa. Choć dziś, zamiast pozwalać na interwencję, potrafię poczekać do jasności intencji. Nieco to frustrujące, ale przyroda zna mnóstwo przypadków długotrwałych procesów, które procentują na dalsze dzieje. Dlatego, choć pterodaktyl wciąż łomocze do drzwi, ja wciąż się zastanawiam czy on na pewno puka do moich. A może skoro się zastanawiam, to on za cicho puka? No i właśnie. Ten strach powoduje, że jeszcze chwilę poczekam, pocieszę się oczekiwaniem i potencjałem. To nie boli, ani nie powoduje straty werwy. Bylebym nie przesadziła.

To zdaje się właśnie jest kluczowa sprawa. Gdzie leży granica między chęciami z umiarem, a nadgorliwością? Kiedy można się samemu skrzywdzić? Jakiekolwiek oczekiwania są złe? Jednej granicy nie ma. Należy najpierw gada poznać, posłuchać jak trzepocze i jak skomle. Nieee, nie żałośnie, ale z pasją i o tym jak chce się nią dzielić. Samemu można się skrzywdzić, jak się zamknie oczy. Wtedy własnym szponem można się podrapać. A oczekiwania? Ja lubię mieć je pod kontrolą. Nie da się ich uniknąć. W końcu bezwarunkowo kochamy tylko własne dzieci. Inne uczucia są wypadkową wielu czynników. Jasno sformułowane, wspólnie zmutowane i co jakiś czas poddane weryfikacji oczekiwania, mają rację bytu.

Jako poczwarka pterodaktylej piękności trzepoczę aktualnie ostrożnie, ale zdecydowanie. Ostrożnie, bo umiarkowanie głośno i niezbyt często. Zdecydowanie, bo w jednym silnym kierunku. Chwilę to jeszcze zajmie. Nie chcę powielać własnych błędów, więc pamiętam o umiarze. Jednocześnie poharatane uszy przeznaczenia potrzebują mojej konsekwencji i jasności przekazu. Chcę być równie silna, co poharatana. Czy pterodaktyl byłby piękny z gładką, cienką skórą? Nie byłby wtedy pterodaktylem. A ja właśnie postanowiłam nim zostać.

 

4 comments

  1. Jakże interesujący tekst paleontologiczny;) Też kiedyś zastanawiałam się, gdzie istnieje ta cieniutka granica, jak to mówisz? Chęciami z umiarem a nadgorliwością? W sumie sama nie wiem czy do końca się tego dowiedziałam, mimo upływu lat. Życzę zatem pomyślnych doznań naukowych na tym niezwykle cienkim gruncie badawczym:)

Leave a comment