Gdzie wypada karmić piersią, a gdzie absolutnie nie?

5 lutego 2018

Zabawa na maxa i święty spokój – to możliwe!

5 lutego 2018

Wstęp do mojej książki. Przeczytacie?

5 lutego 2018
b8025fcb-e9e1-466d-80f4-7211f2bae474
zac piechota lidia extremama hoplandia
b019009d-7690-46c5-8aaa-345b5d842214

Macierzyństwo – mój ulubiony sport ekstremalny – prolog

Okazuje się, że to, co dla jednych jest oczywiste, dla innych bywa kompletnie czarną magią. Ot odkrycie! Okazuje się też, że w sumie nie ma to nic wspólnego z brakiem intuicji, którą posądzam o bycie genialną. Ona jest. Zawsze. Czasem tylko, działa ogłuszająco. Taka intuicja. Absurd? Oczywiście. Życie jest absurdalne i pełne paradoksów. Uczę się z nimi nie kopać. Bo po co. Nawet szpili nie wbiję nikomu kopiąc celnie, bo noszę trampki. Albo buciory. Takie na deszcz, błoto i śnieg. Najchętniej cały rok, bez względu na okoliczności. Możnaby z tego wywnioskować, że mam silnie rozwinięty instynkt samozachowawczy oraz perspektywiczne myślenie „na wszelki wypadek” czyli właściwie przeginam. Hmmm, zaczynając pisać poprzednie zdanie, miałam skończyć je stwierdzeniem, że wcale nie przesadzam. Stawiając kropkę, dotarło do mnie, że jednak trochę lub czasem tak. Przeginam. Bo chcę, żeby było „po mojemu”. Tudzież „jak należy”. Albo „na wszelki wypadek”. Podobno od zawsze. Mamo, dziękuję. Pielęgnowanie mojego indywidualizmu zaowocowało meandrami, których końca nie widać.

Pamiętam, kiedy poznałam to słowo – meandry. Miałam wtedy 15 lat i wróciłam z trekkingu biebrzańskiego. Przez 10 dni chodziliśmy z plecakami i namiotami po bagnach biebrzańskich, spływaliśmy „kanu”, co noc rozbijaliśmy namioty w innym dzikim miejscu. Wtedy, z grupą harcerzy wdrapaliśmy się na Strękową Górę i miałam zobaczyć meandry – meandry albo rozlewiska Biebrzy oraz Narwi, które w tym miejscu się spotykają. Nie zobaczyłam nic, bo było ciemno. Na tę górę dotarliśmy w nocy. Absurd, prawda? Pewnie! Jednak, gdy wróciłam z trekkingu do domu, znalazłam w gazecie (wtedy szukało się w gazetach! wow!) zdjęcie rozlewisk biebrzańsko-narwiańskich. Przeczytałam opis pod zdjęciem jakiegoś dobrego fotografa. Tam było słowo „meandry”. Dziś pasuje ono jak ulał do tego, jak toczy się moje życie. A gdy meandry znikają, pojawia się rozlewisko. Sama nie wiem co wolę. Rozlewisko w promieniach słońca wygląda bajecznie. No, ale to taki trochę obraz braku kontroli (no brzegów nad ilością wody, tak?). Meandry, choć wijące, to pokazują pewien porządek rzeczy, rzekę w ryzach oraz możliwe wątki poboczne. Lubię meandry. Lubię mieć kontrolę, choć często ją tracę i ląduję w rozlewisku. „Miłość nad rozlewiskiem” to zdaje się hit jest 😉

Najwyraźniej zdarza się to rozlewisko na tyle często, że nie płaczę, ani nie zgrzytam zębami nad np. „rozlanym mlekiem”. Tym bardziej, że dziś mleko akurat jest tematem mocno kontrowersyjnym. W moim życiu także ten wątek zaznaczył się wyraźnie i to kolejne słowo (wow, na tę samą literę!), o którym mogłabym rozprawiać długo. Mleko krowie jest dziś „be!” i nie piszę tego prześmiewczo. Kto wie czy kończąc ten tekst nie będę wegetarianką. Na razie nie jestem, choć umysł mam zdecydowanie w fazie przekształceń w tej kwestii. Mój syn mleko pije i pił od zawsze. 4,5 roku pił moje. Teraz pija krowie i inne mlekopodobne wynalazki, które obok mleka w sklepie tylko czasem leżą. Nie wiem co gorsze. Cieszę więc tym, co lepsze. A przynajmniej dobre. Czyli tym jak długo karmiłam go swoim. O! To jest temat, nieprawdaż? Jak można?! Tak długo? Otóż, dla mnie tematu nie ma. Mówię o tym, bo to fakt. Nie mówię o tym, bo uważam, że każda tak powinna albo, że ta, która tak nie robi, postępuje źle. W ogóle nie za bardzo obchodzi mnie co robi „każda”. Jestem wrażliwa na krzywdę dzieci, a jednocześnie wierzę, że każda matka wie co jest dla jej dziecka dobre. Wie, co jest dobre dla niej.

I tu znowu pojawia się intuicja. Jak jej nie posłuchasz albo dasz zagłuszyć, zrobisz coś durnego. Pożałujesz. Stąd rodzicielskie powiedzonka „a nie mówiłam”, „wiedziałam, że tak będzie” itp. Wiedziałaś, ale nie powiedziałaś?! Jasne. Po prostu nie połapałaś się w tych głosach w swojej głowie. Tylko jeden jest wiodący. Reszta to chór tła. Jak na scenie. Nie da się jednocześnie patrzeć na wszystkich i słyszeć wyraźnie każdego. Dlatego uczę się robić rzeczy po kolei i niekoniecznie śpiewać solówki, kiedy wiem, że mam zapalenie krtani. Umiejętność wyciszenia się w odpowiednim momencie i oddanie „pierwszych skrzypiec” komuś innemu to wyższa szkoła jazdy, a ja mierzę wysoko. Wysoko, ale nie za wysoko. Bo choć przesadzam, to tego nie lubię. Łapię się na tym, że robię rzeczy, których nie pochwalam. Za to przynajmniej rózgi wręczam sobie sprawiedliwie. Ha! A może aż za bardzo? Granica pomiędzy samokrytyką, a samobiczowaniem jest znaczna i znacząca. Nie daję się rozłożyć na łopatki, nie wiszę na krzyżu i wychodzę, gdy mi nie pasuje. No dobra! Jest szansa, że samobiczowanie nie ma tu miejsca. Granice łatwo poznać lub wyczuć dzięki cnocie, która zdaje się być dziś wręcz nieosiągalna. Dążenie do niej natomiast może być jak najbardziej celem samym w sobie. A na pewno nie zaszkodzi.

Umiar (po angielsku moderation, a więc także na „m”). To cnota. Zastosowany w każdej dziedzinie, zapewni powodzenie i spokój. Ekstremalnie pragnę żyć umiarkowanie. To tak, jakbym zjadała wiadro soli chcąc ugasić pragnienie. Aż tak?! Serio?! Dobra ta metafora. I tu znowu podziękowania dla Mamy. Te książki, które mi dałaś kiedyś, gdy byłam mała i czytałam je po kilka razy … Pamiętasz „Kartki z mojego pamiętnika”, „Słoneczniki”, „Szaleństwa Majki Skowron” … Wtedy postanowiłam, że będę pisać. Pamiętam to uczucie. Do dziś pewnie używam słów z tych książek. Mało czytałam później. W podstawówce było wzorowo, ale w liceum postawiłam na edukację przez integrację. Mogłam już wtedy napisać „Przewodnik wagarowicza” – byłby bestseller, jak nic!. Tymczasem… dzięki tamtym książkom, dzięki wolnej woli i otwartości głowy (skąd to się wzięło?!) robię w życiu to, co kocham absolutnie najbardziej na świecie. Codziennie sprawdzam się w dziedzinie, w której umiar jest wyznacznikiem jakości, intuicja najlepszą encyklopedią, a „bliskość lekiem na całe zło”.

Macierzyństwo („m”;)) czyli bycie mamą Zachariasza pokazało mi światełko w tunelu … Albo raczej pomogło mi je dostrzec. Może to pójście na łatwiznę, a może po prostu dojrzałość i umiejętność dostrzeżenia tego, co naprawdę ważne. Dla mnie? Dla każdego. Każdy ma coś takiego. Swój osobisty drogowskaz. Nie, nie uważam, że każda kobieta powinna być matką. Wręcz przeciwnie. Znam takie, które są w porządku, a matkami być nie chcą i nie zamierzają. Znam też takie, które mają dzieci, ale za bardzo im to nie jest w smak (tak, to możliwe). Nie oglądam się na nikogo, choć to dziś bardzo trudne. Przecież wchodzę na Insta czy na fejsa. Przecież jeżdżę samochodem i widzę bannery reklamowe. Nie oglądam jedynie telewizji, choć to ona nauczyła mnie w życiu tak wiele.

Jeżdżę na snowboardzie, pływam na wakeboardzie, uwielbiam rolki i longboard. I te wszystkie rzeczy nie byłyby takie fajne, gdybym nie mogła ich robić z synem. Jego spojrzenie na nowości, nauka aktywności i komunikacji z otoczeniem otwierają mi oczy… Fakt – efekt jest taki, że czasem, widząc tak wyraźnie, mam ochotę natychmiast je jednak zamknąć… Tak, czy inaczej, każda rzecz, którą zrobiłam zanim zostałam rodzicem, teraz ma inną wartość. Wszystko, co widziałam wtedy, teraz widzę od nowa i piękniej. Zac jest jak soczewka poprawiająca ostrość widzenia i filtr oczyszczający powietrze.

Właśnie o tym opowiadam, o tym, jak zobaczyłam świat od nowa. O tym, jak ważne stało się naprawdę ważne, a nieistotne, kompletnie straciło znaczenie. I jeszcze o tym, że choć dbam głównie o dziecko, jednocześnie zaczęłam dbać o siebie. Codzienność jest nieprzewidywalna, dostarcza uzależniających endorfin i szkoli pamięć mózgu, który już nigdy nie zgodzi się na namiastki. To właśnie cechy mojego ukochanego ekstremalnego sportu, jakim stało się macierzyństwo.

Leave a comment