Patchwork family – układanka idealna czy zło konieczne

9 września 2016

Rana cięta głowy, a głowa zupełnie gdzie indziej.

9 września 2016

Mama kumpel czy matka mentor – jak rozwydrzyć dziecko?

9 września 2016
Extremama - Lidia Piechota
Extremama - Lidia Piechota
Extremama - lidiapiechota.pl

O przesadnym partnerstwie i zdrowej trosce czyli o trudnej sztuce balansowania pomiędzy byciem równiachą, a zgredem.

„Zazdroszczę Ci , ale tak bardzo pozytywnie, bycia taką fajną mamą. Zazdroszczę bardziej Zachariaszowi, że Cię ma i to prawda, zainspirowałaś mnie do tego, aby być bardziej partnerem dla dzieci niż MATKĄ – obsługującą, wszystko wiedzącą, karcącą, chwalącą, wymagającą, bo tak trzeba. Zastanawiam się czy to niezaścielone łóżko jest powodem to warczenia czy można to odłożyć na „za chwilę” aby teraz pośmiać się głośno, pościskać, poprzytulać … ”

To zaledwie fragment wiadomości od Doroty, która doprowadziła mnie do łez. Wiadomość, nie Dorota. Zresztą, Dorota wzrusza swoją drogą, bo jest śliczna, bo ma cudne dzieci, bo zaskakuje bezinteresownością, bo jest pięknym człowiekiem. Obcowanie z wyjątkowymi ludźmi motywuje do pracy nad sobą i pomaga wyciągać przydatne wnioski.

Moi Rodzice są moimi kumplami. Chyba od zawsze. Choć potrafię wyliczyć cechy, które po nich odziedziczyłam lub które zdarzenia z naszego rodzinnego życia wywarły na mnie największy wpływ, zwykle przyznaję, że „starzy” nigdy mnie do niczego nie zmuszali, ani nie „robili ciśnienia”. Na pewno były takie momenty, gdzie Mama obgryzała paznokcie z nerwów wyrzucając sobie, że nie założyła mi kolczatki albo nie trzymała na automatycznej smyczy typu flexi. Wtedy wracałabym, pytałabym, pewnie byłabym bliżej. Zdaje się, że moi Rodzice nigdy nie mieli potrzeby mną sterować, bo od początku byłam tym nieuleczalnym przypadkiem „Zosi Samosi, a pomysły, na które wpadałam raczej były dobre. Nie mam na myśli palenia papierosów przez okno mojego pokoju, gdy za ścianą siedziała Mama. Do tych dobrych inicjatyw na pewno należały moje zapędy poetyckie, pamiętnikarskie, taneczne, sportowe, a nawet pomysły w kwestii własnej edukacji. Do niedawna byłam przekonana, że do tzw klasy „zero” (zamiast 8ej klasy SP) poszłam, bo namówiła mnie do tego Mama… Otóż nie. Ona sama twierdzi, że to był mój autorski pomysł i ona nawet poszła do szkoły zapytać pani anglistki czy jej zdaniem poradzę sobie w klasie z mocno rozszerzonym językiem angielskim. Biorąc pod uwagę fakt, że ten rok w „zerówce” i 18 h „anglika” w tygodniu ukształtowało nie tylko moją znajomość języka angielskiego, ale też pogląd, że w życiu można robić to, na co ma się ochotę, to trzeba przyznać, że był to spektakularny początek mojej niezawisłości 😉 Mama do dziś zgrzyta zębami widząc jak odważnie podchodzę do życia. Teraz jest blisko i wspiera mnie jak nigdy wcześniej. Dojrzałyśmy do tego. Obie.

Nie żałuję, że zawsze byłam samodzielna, choć jakimś cudem widzę nie tylko plusy tej sytuacji. Miałam przyjemność poznać dobrze, od środka, rodziny, w których oboje rodzice mieli i mają duuuży wpływ na decyzje swoich dzieci, często już dorosłych. Czasem widziałam nadopiekuńczość, ale często pozytywne wzorce i wsparcie. Ta ostatnia postawa jest oczywiście najbardziej chlubna. Pozornie. Często zdarza się, że dzieci po latach dochodzą do wniosku, że nigdy o niczym nie zdecydowały albo, że właściwie nie wiedzą czym jest samodzielność. Ale, ale …, żebyście mnie dobrze zrozumieli – nie uważam, że bycie troskliwym rodzicem i pomoc w kształtowaniu światopoglądu oznaczają pozbawianie szansy na samowystarczalność czy umiejętność samodzielnego, odpowiedzialnego myślenia. Praktyka czyni mistrza, więc im szybciej poczujemy konsekwencje własnych wyborów, tym szybciej nauczymy się ważyć słowa i czyny. Z drugiej strony, właśnie taka jest rola rodzica – pokazać kierunek, wskazać możliwości, nie wykonywać pracy za latorośl, za to być blisko jeśli trzeba ponieść bolesne konsekwencje. Dając dziecku bliskość, uczymy go tej postawy wobec innych.

Dorota pisze, że stała się dla swoich dzieci partnerką. To dobrze. Jeśli wcześniej przesadzała, jej zdaniem, w pilnowaniu, w byciu zasadniczą i uporządkowaną, teraz znajduje przyjemny środek. To dziedzina, w której szczególnie ważny jest umiar i wyjątkowo łatwo go stracić. W końcu chodzi o nasze największe skarby – chcemy dla nich jak najlepiej. Chcę, żeby Zac był samodzielny, ale nie chcę, żeby cierpiał. Wiem jednocześnie, że jeśli nie poczuje różnych stanów emocjonalnych, to nie zrozumie ich mocy i nie będzie świadom przyczynowo-skutkowego sensu postępowania. Jestem z nim i nie ograniczam sztucznie doznań oraz konsekwencji. Mimo to, słyszę, że moje dziecko jest, uwaga!, ROZWYDRZONE, że ROBI CO CHCE, że NA WSZYSTKO mu pozwalam, a z innej beczki, że jestem NADOPIEKUŃCZA i ROBIĘ CIŚNIENIE. Wiecie Kochani jak jest, robię swoje i w sumie najbardziej boli mnie fakt, że ci, którzy wygłaszają takie oceniające, krzywdzące opinie, są ślepi i głusi na własne niedociągnięcia. Życzę im jak najlepiej.

Maciek kiedyś napisał, że przewróciłam swoje życie do góry nogami, gdy urodził się Zac, który stał się moim partnerem. Ktoś z Was skomentował to mówiąc, że zwariowałam, bo dziecko to nie partner, a ja się zatracam w relacji z Zachariaszem traktując go jak swojego chłopaka albo męża. Serio, takie rzeczy czasem czytam. Świadczy to jedynie o tym, że nie wszystko jeszcze pokazałam, nie o wszystkim napisałam i nie do końca się obnażyłam, bo ewidentnie nasz wizerunek nie jest pełny. Mam zatem o czym pisać i co filmować. Ha! A poważnie mówiąc, dla mnie to wielki komplement, jeśli ktokolwiek widząc moją relację z Zachariaszem uzna, że jest ona partnerska. Nie mam takich wzorców, więc wypracowuję ją sama, słuchając intuicji i popełniając błędy. Ponoszę konsekwencje … niekonsekwencji i pobłażania, szukam najskuteczniejszych argumentów i „w praniu” wyczuwam, kiedy … wyłączyć wirowanie i odpuścić, bo lepiej zadziała pranie ręczne bez wysokich obrotów. Zdarza się, że testuję różne odplamiacze, bo jeden okazuje się być za słaby, a inny powoduje, że kolory blakną. Za późno na zwrot towaru. Nie oddam przecież do sklepu pobrudzonych i wypranych dżinsów, ale pamiętam, że „wycieraki” są znowu w modzie i często bywają wyznacznikiem oryginalnego stylu i wyczucia mody.

Rodzicielstwo bliskości, które bezwiednie stało się moim sposobem na wychowanie Zachariasza, ma to do siebie, że wystarczy patrzeć, widzieć, słuchać i usłyszeć. Efekty będą zadziwiające. Nawet jeśli czasem traci się nieco wiarę i niecierpliwie czeka się na efekt, on w końcu przychodzi. Czasem w najbardziej zaskakującym momencie. Dzieci są mądre i szczere. Wiedzą, co jest dla nich dobre. Wiedzą też dobrze, czego na pewno nie chcą. Uczę się wczuwać w nastrój mojego syna i staram się zrozumieć jego tok myślenia. Empatia nie jest łatwą sztuką, jeśli bierzemy pod uwagę fakt, że dzieci mają na koncie mało doświadczeń, więc pewnie wcale nie rozumieją o co im w życiu chodzi. Dlatego najczęściej my – dorośli, chcemy decydować za nie. Staramy się zrobić wszystko „jak należy”, a nie „po swojemu”. Tak się nie da, a poza tym tak jest nudno. Po to każdy z nas jest inny, żeby każdy mógł wpaść na inny pomysł. Dziecko też taki pomysł zwykle ma.

Nie jestem koleżanką Zachariasza. Jestem jego Mamą. Jestem blisko i kocham go bezwarunkowo czyli bez względu na to jakie błędy popełni i ile sukcesów odniesie. Wspieram go. Gdy widzę, że jego pomysł, mówiąc delikatnie, nie jest najlepszy, pytam czy na pewno chce tak postąpić. Tłumaczę co może się wydarzyć jeśli tak zrobi. W 9 na 10 przypadków nie odpuszczam. Jeśli mówię NIE, to oznacza to właśnie to – nic innego. Czasem wchodzę z nim w dyskusję, ale gdy przesadza z marudzeniem, staram się nie unosić, tylko robię robię swoje. To ode mnie nauczy się nie przejmować błahostkami i przykuwać wagę do rzeczy istotnych. To ja jestem papierkiem lakmusowym jego reakcji. Warto czasem nie dać po sobie poznać jak bardzo rani mi serce jego grymas czy płaczliwy ton. Dzięki mnie uczy się używać konstruktywnych argumentów, a nie jakichkolwiek. To ja nauczę go „machać ręką”, gdy „szkoda prądu”.

A kiedy odpuszczam? Gdy jest zmęczony, śpiący albo chory. Wtedy czuję się źle razem z nim i choć tłumaczę mu co się dzieje i staram się doprowadzić do uspokojenia sytuacji, jeśli jest taka potrzeba, jedyny słuszny ruch to buziak w czoło i przytulanie. Kocham te chwile, gdy mam pretekst do zapomnienia. Wtedy nie liczy się to, że mamy wstać wcześnie rano, a Zac właśnie obudził się z bólem brzucha po północy. Nie denerwuje mnie, że prosiłam go, żeby sam się ubrał, a on marudząc ze zmęczenia, bo zabrakło mu drzemki, zalał się łzami i tupiąc nogą oświadcza, że się nie ubierze i kropka. Kocham te chwile, kiedy emocjonalnie jesteśmy jednością, a łzy zmęczenia czy bólu zamieniają się w psotny dołeczek w policzku. Nic nie ma bardziej kojącej mocy, niż ramiona zakochanego w dziecku rodzica. Rodzica, który swoim ludzkim podejściem, wrażliwością i intuicją, w zależności od potrzeb, dostosowuje się jak KAMELEON.

Zdarza się więc, że beczę, gdy bawimy się w owce lub wyję do księżyca, jakem wilczyca. Czasem chichram się i skaczę niczym psotna wiewiórka – to, gdy Zac robi „dicho na chacie”. Bywam też sową, która nie chowa się pod miotłą i nie piszczy jak myszka, ale stanowczym hukiem oznajmia swoje racjonalne przybycie. Najbardziej lubię być kangurzycą i cieszę się, że Zachariaszowi też to najwyraźniej pasuje. Przed nami jeszcze przynajmniej losy królicze (hehe) i przygody niesfornych surykatek. Z pewnością załapiemy się też na historie różnych ptaków np. (dzieciodajnych) bocianów, które chętnie podróżują na duże odległości, martwiąc swoją nieobecnością zaprzyjaźnionych gospodarzy. Ci ostatni często zapominają, że bociany to wolne ptaki i odrębne istoty.

 

5 comments

  1. Moi rodzice byli dla mnie i nadal są przyjaciółmi. Jednocześnie nie została zatarta granica córka-rodzic. Sama będę próbowała osiągnąć to samo ze swoją córką. Trwajcie w swojej relacji, bo wygląda na naprawdę udaną 🙂

  2. Pewnie zadam to samo pytanie co większść bo jak większość trzymałam kciuki. Co się stało z Maćkiem ?
    Uwielbiałam Twojego videobloga o pierwszym roku Zaca. W momencie, kiedy powiedziałaś, że Maciek „awansował” do roli taty ucieszyłam się szczerze. Uwierzyłam, że wszystko można. Nie wiem nawet dlaczego. Wyobraziłam Was sobie razem, z gromadką dzieci jak razem robicie to co lubicie.
    Dziś moje dziecię ma rok. Przypomniałam sobie o Was, zajrzałam.. i nie wiem dlaczego jest mi przykro.
    Powiedz, dlaczego Wam nie wyszło ?
    Trzymam kciuki, za Ciebie, Zaca, za wszystko.
    Pozdrawiam

Leave a comment