Koniec weekendowych wycieczek czyli „Skok na weekend” na finiszu

30 września 2016

Śląska gościnność czyli Peru w Katowicach

30 września 2016

„Mama” i „mama” czyli gdy Twoje dziecko bez przerwy czegoś od Ciebie chce…

30 września 2016
Extremama - Lidia Piechota
Lidia Piechota - Hotel Katowice
Extremama - Lidia Piechota

A Ty, choć cieszysz się z poziomu komunikatywności smyka, marzysz o świętym spokoju i absolutnym braku roszczeń. Macierzyństwo – mój ukochany sport ekstremalny.

Bywam zmęczona, jak każdy. Jak każda matka. Z jednej strony, daję sobie na to przyzwolenie. Z drugiej, nie chcę, żeby Zac miał w głowie wizję mamy styranej codziennością. Znacie to, prawda? Przyklejacie sobie uśmiech do twarzy, wyrzucacie te złe myśli, które dają się wrzucić i dajecie się ponieść rodzicielstwu. Na szczęście, w ferworze zabawy i upajania się kontaktem z dzieckiem, przyklejony uśmiech szybko scala się ze skórą i odczuwamy faktyczne odprężenie, radość, a troski przestają mieć znaczenie. Przez chwilę NIE MUSICIE nic. Jak wiecie, sporo mam w życiu wyzwań i codzienność niesie ze sobą nowe trudności. Mimo to, dużo się śmieję i daję się porwać do świata Zachariasza, w którym można robić to, co się chce, bo wszystko jest możliwe. Dzięki temu mam coraz więcej zmarszczek – mimicznych. Od śmiechu.

Zac bardzo późno powiedział faktyczne MAMA. Wcześniej był to wyraz z użyciem czegoś w stylu hiszpańskiego „b” czyli coś na pograniczu „w” i „b”. Na mnie mówił bardziej po hiszpańsku, na moją mamę, czyli jego de facto babcię, bardziej po polsku czyli używając normalnej głoski „b”. Nie pamiętam już dokładnie kiedy zaczął wymawiać sylaby „ma” i „ma” razem i skierował je do mnie. Pierwsza powiedziała mi o tym nowym słowotwórczym osiągnięciu mego syna moja MAMA 🙂 Pewnie pomogło w tym to, że więcej czasu spędzał z babcią właśnie, która często coś o mnie mówiła. No i zaczęło się … „Mama” i „mama” … „Mama to …”, „mama tamto…”. I choć nie wypowiada się płynnie całymi zdaniami, to najczęściej nie mam wątpliwości o co mu chodzi. Staram się wymuszać na nim artykułowanie swojej woli … Daje mi to czas, hehe, żeby nie pędzić „na łeb na szyję” w celu spełnienia zachcianki.

Tylko, że ja KOCHAM te jego zachcianki. Uwielbiam to, że on czegoś ode mnie chce i wierzy, że pomogę mu osiągnąć cel. Stało się nawet tak, że Zac, zobaczywszy jakie wspaniałe efekty daje wypowiadanie słowa MAMA, zaczął tak na wszelki wypadek nazywać wszystkich wokół – babcię, ciocie w przedszkolu, wujków, a nawet ludzi w sklepie. Spokojnie, pracuję nad tym. Zawsze go poprawiam i tłumaczę kto jest kim. W ogóle mi to nie przeszkadza. Kręci mnie to jak Zac siedząc w wannie, drze się wyraźnie i zdecydowanie M A M A!!! Mówię, że ma nie krzyczeć oczywiście. Przychodzę. Okazuje się, sprawa faktycznie wymaga interwencji – wieloryb wypadł z wanny na podłogę! Wiecie, że walenie długo na kafelkach nie przeżyją. Tadam! Wiadomo, że Zac sprawdza na ile może sobie pozwolić i czy zawsze przyjdę jak mnie zawoła.

No i tu zaczynają się schody. Choć najchętniej pędziłabym do niego zawsze, gdy jest w potrzebie, wiem, że nie powinnam. Nie mogę przecież pozwolić mu wykształcić takiej pewności, że jestem na jego każde żądanie, „widzi misię”, bez względu na to, co akurat robię. To kolejna sytuacja, w której jedynymi doradcami są intuicja i cnota, którą ubóstwiam czyli UMIAR. Nie ma sztywnych ram, które możnaby określić tłumacząc dziecku „nie wołaj mnie, gdy …”. Każdy dzień pełen jest nieprzewidzianych sytuacji. Każda sytuacja jest inna, bo codziennie czujemy się inaczej. I tak, gdy widzę, że Zac jest zmęczony, ulegam, odpuszczam i nawet, gdy czasem jego marudzenie i domaganie się uwagi jest absurdalne, nie wdaję się z nim w dyskusję. Przytulam, wyznaję miłość, mówię, że też jestem zmęczona i sprawdzam co da się zrobić. Zwykle dochodzę do prostego wniosku, że przecież priorytet mam jeden, więc nie mam dylematu kogo uszczęśliwiać w danej chwili. Tym samym uszczęśliwiam nas oboje. Takie rozwiązanie jest z pożytkiem dla wszystkich. Jeśli się je rozumie. Jestem przekonana, że niejeden obserwator powiedziałby, że pozwalam mu „wejść sobie na głowę” albo, że to kolejny dowód na to jaki jest „rozwydrzony”. Jego problem, tego obserwatora. Mało uważnego. Kiedy, jak nie teraz mam reagować na jego wołanie? Kiedy, jeśli nie teraz, kiedy kształtuje się jego postrzeganie świata, pokazać mu, że go wspieram i cieszy mnie jego zaangażowanie we wszystko, czego się dotknie? To ta zasada rodzicielstwa bliskości. Jestem i reaguję. Jak będziesz smyku najedzony, nie będziesz szukał jedzenia. Taka prawda.

Na każdą sytuację, na każde wołanie, na każdą odpowiedź składa się mnóstwo czynników i nasza rodzicielska w tym głowa, żeby je natychmiast przetworzyć, zbilansować, zdecydować i odpowiedzieć. Albo nie. Ale obrać stanowisko. Dzieci są niecierpliwie i zapamiętują każdy moment czekania i niepewności. Uczy je to cierpliwości, wzmacnia charakter, motywuje do myślenia i …kombinowania. To twórcze. Rozwija kreatywność. Dziecko ma cel i dopóki nie odwrócimy jego uwagi, będzie dążyło do realizacji planu. Raczej nie mówię Zachariaszowi „nie, bo nie” i zawsze reaguję na jego wołanie. Naprawdę. Nie oznacza to, że jestem niewolnikiem mojego dziecka. Czasem fatyguję się do niego tylko po to, żeby mu powiedzieć, że teraz nie mogę czegoś zrobić. Gdy jest zdenerwowany i stanowczo wyraża chęć wykonania swojej misji z moją pomocą, pytam:

„chcesz teraz pójsć na plac zabaw tak?”

„TAAAAK”

„chcesz pójść na plac zabaw?”

„tak”

„dobrze, pójdziemy, ale najpierw mama wysuszy włosy i da Lajli jeść, ok?”

„nieeeeee, plaaac zabawwww!!!!”

„Zac, bo nie pójdziemy wcale.”

„buuu”

„Chcesz iść na plac zabaw?”

„tak”

„OK, to ubierz się i poczekaj. Mama suszy włosy, karmi psa i idziemy. OK?”

„tak”

W stosunku do nikogo nie jestem taka cierpliwa, jak w relacji z nim. To popłaca. Choć codziennie zdarzają się nowe zachcianki, te sytuacje, które się zdarzyły, zostają zapamiętane. Poza tym jeśli za każdym razem dotrzymuję słowa, Zac nie ma potrzeby tak zaciekle dociekać swego kolejnym razem. Wie, że będzie tak, jak powiedziałam. Że pobawimy się pociągami, jak skończę odkurzać i że pomaluje farbami, dopiero po obiedzie. Dzieci często zapominają, że czegoś chciały. Zac też tak ma. Nie wykorzystuję tego. Przypominam mu, że przecież miał na coś ochotę i że teraz przyszedł na to czas. Jego radość w tym momencie – bezcenna!

Pamiętam z domu jedną zasadę. „Jak coś chcesz, to przyjdź”. Tak mówiła mama, gdy wołaliśmy ją drąc się przez całe, w sumie niewielkie mieszkanie. Weszło mi to w krew. Nie no, teraz się nie drę i nie pozwalam na to Zachariaszowi. Mój syn nie raz już usłyszał „jak chcesz coś od mamy, to przyjdź tutaj, nie mogę teraz”. Przychodzi. Albo zmienia plan. Przychodzę do niego tylko, gdy jest zbyt cicho. Jak wiadomo, cisza to raczej nie jest dobry omen. Lepiej już, żeby krzyczał, nawet przez całe mieszkanie i łazienkę „MAAAMAAA”. To przecież tak pięknie brzmi.

2 comments

  1. „Mama” to naprawdę pięknie brzmi, ale fakt umiar musi być zachowany i podoba mi się to co mówiła Twoja Mama, że jak coś się chce to trzeba przyjść. Będę musiała zastosować jak moja roczna pociecha zakuma o co chodzi, bo jak na razie to jest tylko nieustające „mama… mama…” , no i trzeba biec 🙂

  2. Kochana .. trafiłam dziś na Ciebie na Youtube. Jestem w 7 tygodniu ciazy i znalazłam mój nowy przewodnik w ciazy. Zrobiłaś kawał dobrej roboty! Wszystkie Twoje wypowiedzi mnie uspokajają i dodają otuchy! Dziękuję. Dziękuję że podzielilas się swoim doświadczeniem i mogłam zostać Twoim kolejnym słuchaczem – czytelnikiem ????

Leave a comment