Another Love czyli kocham Cię najbardziej na świecie…

28 maja 2016

Telewizja, truskawki i glam czyli wymarzona praca przy festiwalu opolskim.

28 maja 2016

Lustereczko powiedz przecie … czego nauczyli cię rodzice czyli genów nie oszukasz.

28 maja 2016

To nie tak, że za wszystkie moje porażki odpowiedzialni są moi rodzice. Jednocześnie dopiero, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że staram się NIE być taka, jak oni, a jestem bardzo podobna, mogłam zacząć ingerować we własne życie i świadomie podejmować MOJE decyzje. Oczywiste? No OK, skoro dla Ciebie oczywiste, to gratuluję. Dla mnie nie było.

Wszystko, co w życiu robię lub robiłam wymyślili oni. A jeśli nie wymyślili, to wspierali mnie swoją aprobatą/telerancją. Wszystko na co miałam ochotę było podyktowane tym, na co byłam przez nich mniej lub bardziej świadomie eksponowana. Do tego patrząc w lustro, robiąc miny, obserwując swoją mimikę, widzę wyraźnie – jestem córką mojej mamy i mojego taty. Nie wyprą się.

Zaczęło się od nosa. Naprawdę. Dokładnie w momencie, w którym pogodziłam się z tym, że mam nos mojej mamy, a ona uważa, że ten nos jest za duży. No dramat! Im byłam starsza, tym bardziej, patrząc na siebie na zdjęciach widziałam mamę. Nie podobało mi się to. Zawsze uważałam się za rozkosznego blondaska z wielkimi niebieskimi oczami, takimi jak miał mój brat i śliczne kuzynki. Do tego te moje szerokie biodra … Po mamusi. Extra. Wygląd to jednak nie wszystko.

Odkąd mam syna, widzę to wyraźnie. Jesteśmy lustrami naszych rodziców. Im jesteśmy młodsi, tym zdolność absorbcji jest większa. Chłoniemy każdy gest, każde zachowanie czy emocje. Jak gąbki. To dobrze. Ale też źle. W końcu rodzic, też człowiek i nie wszystko, co robi jest godne pochwały czy naśladowania. No właśnie. Oto moja spowiedź. Rozpracowałam swoje talenty. Część jest po tacie, część po mamie. Podobnie jest z irytującymi zachowaniami. To, co najbardziej denerwuje mnie, gdy spędzam „za dużo” czasu z mamą lub tatą, to fakt, że robią coś dokładnie tak samo jak ja. Ratuuunku, serio, to bywa frustrujące. Nawet mi nie wypada ich kulturalnie „opierdzielić”, bo przecież sama nie jestem lepsza.

Macie mnie za zarozumiałego luzaka? To wina ojca. Sory tato. Olewka, niereagowanie i pogodzenie z chaosem. Tatusiowe geny podpowiadają mi, że tak właśnie ma być. Taka jest prawidłowa postawa. Ile się potrzebuję „nagimnastykować”, żeby jednak się zebrać w sobie, zorganizować wszystko na czas i ponieść konsekwencje, gdy nie wyjdzie tak, jak miało być… Z drugiej strony, po tacie mam też sportowego zadziora. Zdecydowanie. Choć stresuje mnie rywalizacja, chcę i potrzebuję być najlepsza. Dlatego działam na 100%, gdy już podejmę decyzję. Jeśli już coś robię, ma być TOP. Nie wiem czy bardziej sprawdza się to w życiu czy w faktycznych sportowych zajawkach, których w moim przypadku nie brakuje. Na pewno odwaga i zdecydowanie na wysiłek to cechy, z których jestem dumna. Jest to też nieco nieprzewidywalne, bo nigdy nie wiem, kiedy ten „zadzior” da o sobie znać. Mam dni leniwe, kiedy potrafię odpuścić, a za chwilę okazuje się, że nie mogę spokojnie usiedzieć i POTRZEBUJĘ coś oryginalnego wykombinować. Wygrać.

Natomiast te chwile wyciszenia, stresu lub nerwowości mam po mamie. Nadwrażliwość i przejmowanie się sprawami, na które nie mam wpływu to mamusiowy spadek. Na szczęście zarówno ja, jak i ona radzimy sobie z tymi przeklętymi przypadłościami coraz lepiej. Mnie pomaga syndrom „olewki” po tacie. Jej, moja obecność, bo „olewka” się udziela 😉 Za to dzięki tej melancholii duszy, jestem humanistką. Odkąd pamiętam, piszę. Kiedyś pisałam wiersze, opowiadania, bajki. Dziś bloguję. Potrafię ładnie rysować i interpretować sztukę. Nauczyłam się grac na gitarze i jestem wrażliwa na muzykę. Zdolności manualne i kreatywność artystyczna to terapia dla pośpiechu i nerwicy.

Pod warunkiem, że do głosu nie dochodzi tatusiowa cecha pt. „zrobię milion rzeczy jednocześnie”. Zacznę odkurzać, po czym porzucę odkurzacz na środku pokoju, bo właśnie robię herbatę lub wieszam pranie, a w międzyczasie sprawdzę co słychać na fejsie. Jeśli też tak macie, to wiecie jakie to męczące. Jeśli do tego dochodzą spontaniczne zachcianki Zachariasza, to chaotycznie rozkoszny sajgon w domu gotowy. It’s my life! To śmieszne, bo gdy spędzam czas z tatą i o coś go proszę, on zaczyna to robić, po czym robi jeszcze kilka innych czynności symultanicznie. Aaaaaaa, szaleństwo. Ależ ja go wtedy krytykuję… 😉

Z odsieczą w wielu trudnych chwilach przychodzi mamowy charakterek „kto, jak nie ja?!”. Kiedy już jest naprawdę źle, odbijam się. Potrafię się zebrać i konsekwentnie dążyć do celu. Takich zakrętów już trochę było. Mama pokazuje mi, że nie traci werwy. Ba! Nawet wręcz przeciwnie. Lubię to nasze bohaterstwo. Bardzo się przydaje w życiowych bataliach, w które wpakowujemy się na własne życzenie. Niezdecydowani mężczyźni, żmijkowate koleżanki, naiwność, ufność i strata czujności. Twardy tyłek to podstawa. Przydaje się też, gdy korzystam z tatusiowego przymiotu, jakim jest … hmmm… jak by to nazwać… no rozrabianie. Szczególnie, odkąd nie ma mojego brata. Nadrabiam. Tak, bywam rozbójnikiem. Typowa polska natura kombinatora to cecha, którą wciąż odkrywam. Najśmieszniej jest za granicą np w Finlandii, gdzie wszyscy robią wszystko tak, jak należy, według zasad i regulaminów. A ja nie. Ja robię po swojemu. Jak to Polka. Córka mojego taty.

Po obojgu rodzicach odziedziczyłam miłość do zwierząt. Teraz z nawiązką przekazałam tę cechę Zachariaszowi. Kto go zna, ten wie, że nie miałby nic przeciwko, gdyby któregoś dnia obudził się mając cztery łapy i ogon. To mały wrażliwy szaman. Potrafię dostrzec te cechy, ponieważ sama mam duszę wilczycy. Kocham przyrodę i męczy mnie wielkomiejski hałas. Dzięki mamie kocham wieś i potrafię odpuścić miejski szyk. Dzięki tacie nie boję się wody i korzystam z naturalnych dobrodziejstw jakimi są jeziora, stawy i inne „kałuże”, po których mogę pływać i jeździć na dechach i kajakach. „Odpinanie wrotek” w zgodzie z przyrodą to zdecydowanie pozytywne cechy, które mają wpływ na całe moje jestestwo.

Blog - Extremama i Zac - rodzice

Dokładając do zestawu cech odziedziczonych, mój osobisty potencjał, powstała interesująca mieszanka o nieodgadnionym jeszcze geniuszu. Nauczyłam się w tym stanie, ze sobą funkcjonować i radzić sobie z własnymi „ułomnościami”. Wyraźnie widzę jak wielka odpowiedzialność spoczywa teraz na mnie – poznać, wykorzystać i dopełnić potencjał mojego małego syna. Przyznacie, że skoro taka jestem teraz „mądralińska” i świadoma, musiałam mieć całkiem niezły wzorzec rodzica „nieinwazyjnego”, ale za to sprytnie i bezwiednie animującego. Teraz czas na mamę Lidię. Przeglądam się uważnie w mym blond lustrze…

2 comments

  1. Jak zwykle tekst godny uwagi i polecenia! Ja również w swoim lustrze widzę wiele ze swojej mamy, a z charakteru to mieszanka rodziców + moje dodatki 🙂 ale też tak mam, że denerwuje mnie w nich to czym sama się cechuję!

  2. Ha ha… najdziwniejsze jest to, że to co mnie kiedyś denerwowało u mojej mamy jak np. mycie szkła z kredensu o 23:00 lub wykańczanie na maszynie nowej sukienki późną nocą, aby na rano była gotowa. … bo szkoda zgubić weny … dlugo u siebie nie zauważałam. A otoczenie silnie odczuwa te moje weny że muszę właśnie teraz, dzisiaj i już. Kiedy patrzę na moją córkę która wyje w aucie bo buty zawiązane na szybko przez tatę nie mają symetrycznych kokardek to też widzę w niej siebie ☺

Leave a comment