Gucio tu i tam

24 sierpnia 2013

W Krainie Muminków czyli HIS FINLAND part 2

24 sierpnia 2013

Latanie, śmianie się i zapominanie czyli HIS FINLAND – part 1

24 sierpnia 2013

lotnisko 

Od dawna marzę o zwyczajnych wakacjach. Mój styl życia jednak sprawia, że jakoś nie potrafię ich sobie zorganizować. Dużo podróżuję (wolę niezbyt daleko), a jednak nawet, gdy nie jest to wyjazd służbowy, znajduję sobie tyyyyle zajęć, że wkrada się pośpiech, a teraz jeszcze chęć opisania wszystkiego po kolei na blogu. Także taki ze mnie wakacjowicz raczej „na wdechu”:)

Wybierając się do naszej fińskiej rodziny (bo tak ich traktuję) wiedziałam, że nie będzie to wcale czas odpoczynku. Wyprawa z rocznym Zaczkiem do innego kraju, do zupełnie nieznanych mu ludzi nie miała być czasem dla mnie, a raczej kolejną otwartą szufladką w głowie Z. Chcę mu stwarzać możliwości, chcę widzieć jak chętnie uczy się świata. Poza tym moje Fińczyki to naprawdę ciekawi, pozytywni ludzie (a skąd się wzięli w naszym życiu? – Tydzień 6 Wam to wyjaśni:D)
Po pierwsze lotnisko – tym razem Gdańsk, a nie Warszawa. Do tego WizzAir, a nie FinnAir lub LOT. To spora różnica. Jednak, wbrew niewielkim obawom, było naprawdę extra. Właściwie czułam się tak, jakbym to ja sama pierwszy raz leciała samolotem. Po pierwsze przepisy bagażowe w Wizz są nieco inne i bardziej restrykcyjne, niż te, do których przywykłam. Musiałam więc spakować się wyjątkowo uważnie, żeby mnie nie cofnęli przy „gejcie” albo nie kazali dodatkowo płacić. Wykupiłam ONLINE większy bagaż, który mogłam zabrać na pokład, no i zapłaciłam za naszą walizkę (bo okazuje się, że w Wizz nie przysługuje pasażerowi żaden bagaż w ramach samej rezerwacji i wykupu biletu). Byłam przygotowana. Trochę wcześniej poczytałam i popytałam, więc wiedziałam, że fotelik samochodowy w samolocie jest raczej zbędny, że wózkiem mogę podjechać pod sam samolot i że mogę mieć ze sobą wodę i jedzenie dla Z. Choć starałam się ograniczyć „konieczne do zabrania” przedmioty do minimum, i tak oprócz wyjątkowo zgrabnie zapakowanej walizki miałam aparat w torbie na aparat, komputer w plecaku na komputer, wielką torbę z ubrankami na zmianę, zabawkami i portfelem oraz torbę z jedzeniem. Do tego „luzem” w wózku kocyk, komin, chusta, kurtka… Mimo wszystko, szło nam bardzo sprawnie. Lotnisko w Gdańsku jest przyjazne i dosyć szybko siedzieliśmy w kawiarni – ja z latté, a Zac z …, nieee, Zac nie siedział, Zac śmigał wokół kawiarni, siedzeń, po całym holu, bo przecież nie będzie właśnie teraz jadł kaszki, gdy właśnie skumał, że potrafi chodzić, a wokół jest tyyyyyle przestrzeni:) Widziałam tę dziką radość w jego oczach. Na lotnisku nie było dużo ludzi, więc mój mały „chodzik” mógł poszaleć.

W końcu podeszliśmy do „gejtu”. Tu zastał nas typowo polski widok czyli kolejka. W Wizz nie ma numerowanych miejsc, więc jeśli nie wykupi się statusu „priority boarding”, trzeba swoje odstać albo się wyluzować. Zwykle w takich sytuacjach brzydzę się przepychankami. Stanęłam więc na końcu ogonka. Zac był już trochę zmęczony, więc … ZDJĘŁAM PLECAK z komputerem, wzięłam Z na ręce i karmiłam, i lulałam, i karmiłam, … lulałam… Jednym słowem, wyciszałam go, czilując przy tym siebie także. Gdy „ogonek” ogarnęło poruszenie, bo otworzyli „gejt”, okazało się, że kilka rodzin z wózkami przepycha się do przodu. Przemiła Finka z gromadką dzieci powiedziała mi, że z dzieckiem poniżej 2-go roku życia jestem „priority boarder”, więc mogę śmiało podążać za nią na początek kolejki. Spoko. Nie protestowałam. Usadziwszy Z w wózku, ruszyłam. Szybko okazało się, że nie będzie mi łatwo dostać się do samolotu, bo mam przed sobą kilkadziesiąt stromych schodów, które dzielą mnie od płyty lotniska. Torby, ludzie, wózek, schody… Grrrrr! No tak, to tylko WizzAir 😛 Na szczęście jeden życzliwy pan pomógł mi z wózkiem na schodach i jeszcze potem trzymał się znacząco w pobliżu, gdybym jeszcze potrzebowała jego pomocy:) Ja dzielnie odstawiłam wózek pod schodki „dosamolotowe” i z nieco zmęczonym Z na rękach poszłam „walczyć” o miejsce. Tu znowu luzik – samolot nie był pełny, więc siedzieliśmy sami na 3-ech siedzeniach. Dostałam pas, który dopina się do swojego i zapina wokół dziecka. Luuuuz! Tym bardziej, że jak tylko się usadowiliśmy i umieściliśmy bagaż pod siedzeniem przede mną … Zac zasnął. To „jego pora”, a harce na lotnisku na pewno nieźle go wymęczyły.

Trochę się martwiłam, że jeśli nie będzie przez sen ssał piersi podczas startu samolotu, to zmieniające się ciśnienie w uszach może go rozdrażnić . Jednak nic takiego się nie stało. Moje dziecko smacznie przespało start, catering (w Wizz niestety płatny), duty free shopping oraz niewielkie turbulencje:). Zac obudził się gdy samolot zaczynał obniżać lot i przygotowywał się do lądowania w Turku. Z był zachwycony widokiem przez małe okienko i w ogóle faktem bycia w nowym, ale przyjaznym miejscu. Uśmiech raczej nie schodził z jego buźki. Po wylądowaniu, chwilę zajęło nam wyjście z samolotu, bo tak to zwykle bywa. W końcu wyszliśmy. Wózek, wózek…, gdzie jest wózek? No tak, po co podstawiać go pod schodki?! Lepiej zawieźć do hali odbioru bagażu …, przecież właśnie po to, by go tam odebrać, nie oddawałam go od razu do luku bagażowego:P ugh! Luz… Idąc tak z torbą, torbą, aparatem i Zaczkiem, zorientowałam się, że czegoś mi brakuje! Damn! Nie miałam ze sobą komputera! ZNOWU! (Podczas pierwszej ever wizyty w Finlandii zgubiłam go na lotnisku w Helsinkach, a odebrałam po tygodniu w centrum miasta w biurze rzeczy znalezionych… – za „symboliczną” opłatą kilkudziesięciu euro). Tym razem wiedziałam, że mój „lapek” został w samolocie albo … w Gdańsku. Ech! Natychmiast uruchomiłam Kota w Polsce, co by rozpoczął poszukiwania, sama kląc pod nosem jaka to jestem nieogarnięta. Tja! Ten incydent nieco zdominował moje pierwsze odczucia po przybyciu do Finlandii, ale w sumie wierzyłam, że komp się znajdzie. Razem z nim w plecaku były: ładowarka do aparatu, do telefonu (na szczęście tego, którego używam mniej), dres Zaczka, książki dla mnie i Z, elektroniczna niania, trochę drobnych euro, boarding card na powrót i … PASZPORT!!! No co za […] !!! ???
Podróż to była niewykle inspirująca i powiem Wam, że cudnie jest pokazywać małemu człowiekowi taaakie cuda:), gdy on chłonie je jak gąbka:)

Pierwszą noc w Fi, spedzilismy w Turku – u Tove, Kim’a i Elis’a. Ten ostatni – Elis – to 9-miesięczny kuzyn Zac’a… – o tej relacji jeszcze napiszę. Drugiego dnia rano, wybraliśmy się w kolejną podróż – samochodem do Markby. Do stęsknionych Dziadków. CDN

P.S. Komp się znalazł – zostawiłam go przy „gejcie” w Gdańsku, gdy poszłam do przodu jako „priority boarder” 🙂 Paszport wysłano mi do Opola… Uff! Kot wsio ogarnął w bardzo szybkim tempie :), tak, że już pierwszy wieczór w Fi mogłam spędzić na czillu 🙂 
P.P.S. W ramach opowieści z cyklu His Finland, mam zamiar jeszcze opisać relacje Z z innymi małymi stworzeniami:), z rodziną Fińczyków, opiszę też miejsca, które odwiedziliśmy i, jeśli mi się uda, to coś, co Finlandia ma w powietrzu, a czego się zwykle nie definiuje… No i trochę our way back, bo jest jeden taki aspekt, którym warto się zajarać 🙂 Tylko kiedy ja znajdę czas na to pisanie, he?! 🙂

P.P.P.S. Kocie, dziękuję za to, że pomagasz mi stwarzać Z możliwości, poszerzać jego horyzonty (wręcz dosłownie:D), że akceptujesz sytuację taką, jaka jest i że, choć nie jest to z pewnością łatwe, starasz się cieszyć się każdą moją radosną chwilą, nawet, gdy spędzam ją akurat w Fi. We love you! 🙂

* priority boarding – pierwszeństwo w wejściu na pokład samolotu

3 comments

Leave a comment