SLOW LIFE to szacunek do emocji, tolerancja inności, akceptacja samego siebie czyli Nowe Kawkowo LOVE.

25 lipca 2016

Blond lalka i siano w głowie czyli igram z pozorami.

25 lipca 2016

Hotel w środku jeziora – strefa ciszy, raz! Poproszę.

25 lipca 2016

Jestem wieśniakiem. To już ustaliliśmy. I jak przystało na rasowego wsiura, uwielbiam wygodę, a najlepiej taką na najwyższym poziomie. Taką, do której nie można się przyczepić. Taką, która zapada w pamięć. Czym? Poziomem dopasowania. Do mnie oczywiście. Gdy pojawiam się w pięknym i wygodnym miejscu natychmiast wyjmuję telefon. Chcę uwiecznić tę chwilę, podzielić się nią, zapamiętać i móc do niej wrócić. Wieśniacza dusza lanserki zobowiązuje. No tak. Ale jak połączyć tę miłość do tzw slow life, wioskę oraz jednak potrzebę dostępu do dóbr cywilizacji? Ja wybrałam się z ferajną nad mało znane jezioro Wulpińskie, na półwysep, do hotelu, w którym nawet jak pada deszcz nikomu się nie nudzi. Idealne rozwiązanie w przypadku polskiej, humorzastej pogody.

Byłam wcześniej  w Hotelu Marina Club już kilka razy. Teraz zostałam jego gościem, poznałam obsługę i posmakowałam kuchni. Ba! Nawet zamieniłam kilka słów z Szefem kuchni – Adrianem <3 Powiem Wam, że w tym miejscu na każdym kroku czai się niespodzianka. Najpierw się zastanawiasz czy przypadkiem nie będzie zbyt „bufoniasto”, potem stajesz na baczność widząc właściciela hotelu, w końcu to 5 gwiazdek, heloł! – trzeba się zachowywać. Po chwili rozglądasz się wokół i widzisz … przestrzeń. Szef wcale nie podchodzi i nie wypytuje Cię o każdy szczegół, w restauracji wcale nie dostajesz na talerzu niezidentyfikowanych przekombinowanych dań, a w pokoju nie zastajesz kiczowatego przepychu. W zamian masz … święty spokój.

Extremama - jezioro Wulpińskie, Siła

Byłam w Marinie podczas całkowitego obłożenia hotelu i powiem Wam, że nie było to uciążliwe. Zac był zachwycony. Bawialnia, tak, BAWIALNIA! niemal zawsze tętni tam życiem. Do tego jest opcja basenu i wizyty w SPA. No i ta przestrzeń … Choć hotel był pełny ludzi, w wielkim holu było miejsce i przyjemna świeżość obejścia. I ta świadomość, że jesteśmy w głuszy. Wokół las, jezioro (tak WOKÓŁ!), nie do końca wytyczone ścieżki, stare stodoły, zioła, polne i leśne kwiaty … Wieśniacza dusza czuje się tu „u siebie”. Ufff.

Wjeżdżając do Siły pod Olsztynem mijamy tabliczkę z napisem STREFA CISZY – to od razu, przynajmniej we mnie, włącza tryb slow motion. Taki mus to nie mus. Ale weź to wytłumacz Zachariaszowi ;), który radość odkrywania nowych miejsc, że tak powiem, spił z mlekiem niejakiej ExtreMatki 😉 Potem wchodzimy do pokoju, przez drzwi balkonowe, wychodzimy prosto na idealnie zieloną trawę, nieco mokrą od deszczu – koniecznie wychodzimy boso… – baaajka <3. Mamy widok na jezioro, na molo, na wiatr, fale i na … spokój właśnie, bo choć inni goście także wychodzą na tę trawę, jakoś każdy znajduje sobie swoją przestrzeń i strefę komfortu. Zdaje się, że faktycznie bywam ostatnio zmęczona „jestestwem”, dlatego tak trafia do mnie ład i nieśpieszność Marina Club. Takie życie. Pędzimy, sami trzymamy sobie baty, wiec potrzebujemy poniekąd OBLIGU, żeby odpuścić. Siła Siły jest właśnie taka – obligatoryjne odprężenie czyli otwarta głowa, własne myśli, przeświadczenie, że „się da”. Czysta przyjemność.

A jeśli brakuje mi tempa? Szykuję się na katamaran i wycieczkę krajoznawczą na … segwayu. Ha! To dopiero będzie szyk. Na miejscu jest wypożyczalnia tego typu sprzętu – już zacieram łapki. Zamierzamy zawitać tam wkrótce znowu i nie omieszkam Wam pokazać tych wspaniałości. Mieszkanie blisko autentycznej prostolinijności, a jednocześnie w klasycznie luksusowych wnętrzach, bardzo oczyszcza głowę, dodaje pewności siebie i pozwala dać upust temu, co nam w duszach gra. O to chodzi!

P.S. Hotel bez problemu przyjmuje gości z grzecznymi psami <3

Leave a comment