Dobry tekst dla Ciebie.

14 sierpnia 2019

O edukacji. Nie tylko domowej.

14 sierpnia 2019

Dzieci nie są złośliwe.

14 sierpnia 2019

Dzieci się komunikują.

Tak, jak się tego nauczyły. Tak, jak wiedzą, że osiągną cel. Dzieci nie są złe. I tak jak unikam zwykle słowa „nigdy”, tak tu nie waham się go użyć. Dzieci nigdy nie są złe.

Dzieci, choć podobno wybierają sobie rodziców i podobno mają swój własny genetycznie zakodowany potencjał, żyją w taki sposób, na jaki im pozwalamy, jaki im pokazujemy i jaki znają

Doświadczam, widzę i czuję od dzieci chamstwo.

Słyszę wredne odzywki. A tak naprawdę to strach, brak poczucia bezpieczeństwa, nieświadomość, że można inaczej. Ta złość i negatywne podejście nie pomagają w dążeniu do celu. Na dłuższą metę. Bo nie biorą się znikąd. Pojawiają się, bo są znane i zaobserwowane. U dorosłych. I na chwilę działają.

Absolutnie nie uważam, że każde dziecko jest skazane na los i charakter swojego rodzica lub innych dorosłych, od których jest zależne. Kluczem są partnerstwo, towarzyszenie w indywidualnym rozwoju, cierpliwość, empatia i konsekwencja. Danie pola do rozwoju po swojemu. Wszystkie to pojęcia są nam-rodzicom doskonale znane. Wydają się oczywiste. Czym są? Czy nie są po prostu bezwarunkową miłością? Otóż mogą być. Pod warunkiem, że mamy otwarte serce i faktycznie czujemy, co w nim jest

Nie wymądrzam się. Nie zmyślam.

Opowiadam z autopsji. Z doświadczenia dziecka i matki. W każdej relacji przychodzi czas na weryfikację i nie ma nic złego w tym, że popełniamy błędy, zmieniamy zdanie, bywamy rozczarowani lub nie wiemy co zrobić. Przy wzajemnym szacunku, wszelkie pozornie trudniejsze momenty można zamienić w cudowne doświadczenia pełne bliskości i zrozumienia. Każda, absolutnie każda, trudna chwila kiedyś się kończy i jest początkiem czegoś dobrego.

Dlatego, gdy dziecko zachowuje się „źle”, oprócz zabezpieczenia sytuacji, żeby nikomu nie stała się krzywda, najlepiej wsłuchać się w korzenie emocji, w początek sytuacji i możliwe konsekwencje, na które być może liczy „gagatek”. Na pewno znacie takie sytuacje, gdy smyk rozrabia na maxa i nie można dojść z nim do ładu, a gdy w końcu nie możecie zrobić już nic innego, jak zająć się nim w ten czy inny sposób, dziecko od razu łagodnieje, jest słodziakiem i przeprasza. Co z tego wynika? Że chodzi o uwagę, o relację. Działa tu ten najprostszy mechanizm.

Jak w show-biznesie – nieważne co mówią, ważne, że mówią.

Dla dzieciaków często nieważne co mówi dorosły, nawet gdy daje właśnie reprymendę, ważne, że okazuje zainteresowanie i emocje. Jeśli to jedyny sposób interakcji, bo gdy dziecko jest „grzeczne”, do interakcji nie dochodzi, rozwiązanie zagadki nasuwa się samo. Spragnione kontaktu dziecko będzie robiło tak, żeby wywołać reakcję i zainteresowanie. Nawet jeśli wiąże się to z nie do końca przyjemnym słuchaniem „kazania”.

Rozmawialiście kiedyś z „rozrabiającym” dzieckiem? Polecam. Jego zdziwienie jest maksymalne. Przyzwyczajone do zbierania reprymendy, na początku nie radzi sobie ani trochę z życzliwym pytaniem „jak się czujesz?”. Inna sprawa, że czasem ta dziecięca „złośliwość” tak mocno wchodzi w krew, że nie wystarczy odpowiadać na nią miłością i zrozumieniem. Żeby odkręcić taką złość na wszystko wokół w małej głowie, trzeba się dokopać do serca, a to, wbrew pozorom nie jest łatwe. Szczególnie u kilkulatka, który nie jest już bobasem i „swoje wie”, a jednocześnie nie potrafi jeszcze świadomie podjąć pracy z własnymi emocjami.

Dlatego tak bardzo warto na bieżąco zerować stany skrajne, trudne i pełne lęku. Wyjaśniając, przepraszając, wracając do pewnych sytuacji, po pierwsze pokazujemy dzieciakom, że nie trzeba być wszechmogącym i wszechwiedzącym. Po drugie dajemy im poczuć, że mogą być sobą i czuć to, co chcą. Że to jest dobre. Ja rozmawiam wtedy, gdy jest dobrze. Nie wtedy, gdy jest źle. Gdy jest źle, przytulam.

Co konkretnie mam na myśli w tej pracy i odkręcaniu trudności?

Po pierwsze uważność.

Tak wiem, to modny termin. A co on właściwie znaczy? Znaczy dobro, słyszenie i wolność – tu i teraz. Wiem i widzę, że to trudne nie tyle dla dzieci, co dla nas, dorosłych. To my pozbawiamy dzieciaki czucia samych siebie zagadując prawdę, pędząc i porównując, jakby liczba rozrywek, egzotycznych wycieczek, nowe zabawki, wylansowane ubrania czy najlepsze oceny w szkole, naprawdę liczyły się w ostatecznym rozrachunku, w tym, kim zostanie mały człowiek w przyszłości. Uważność, a raczej jej brak, to bolączka dzisiejszych rodzin i nie zamierzam tu nikogo punktować. Znamy ten termin, ale tak naprawdę rzadko go rozumiemy

Tak samo jest z miłością.

Jest najważniejsza. I zawsze jest. Gdzieś jest. Trzeba się do niej dokopać. Czasem siedzi głęboko i nie umie się przedrzeć przez tę mnogość zdarzeń codzienności. No bo kiedy znaleźć czas, żeby przytulić się w ciszy, żeby poczuć bicie serca, zapach, spoconą od szalonej zabawy skórę smyka, skoro mamy ambitne plany na odhaczenie zakupów, porządków, wizyty w nowym centrum rozrywki, a realizując plan pół dnia stoimy w korkach…? Miłość jest. Bardziej niż uważność. Trzeba tylko dać jej szansę. Jest cierpliwa. I jak już jest, to tak łatwo nie odpuszcza. Na szczęście

Miłość jest też bardziej, niż szacunek.

A bez niego nic nie działa. Dlatego opowiadam Zachariaszowi, że dopóki ktoś, kto robi zupełnie inaczej niż my, niż on, nikogo nie krzywdzi, a do tego realizuje, choćby najdziwniejszy, swój plan, to jest OK. Nawet jeśli się nam to nie podoba i jest dla nas dziwne. Szacunek do inności, indywidualności, własnego zdania, sposobu bycia jest kluczem także w harmonijnym rodzicielstwie. Dziecko nie jest naszą własnością. Jest partnerem. Nauczycielem. Lustrem.

Zatem. Dzieci nie są złośliwe. Brakuje im miłości do samych siebie. Brakuje im szacunku do własnego życia. Brakuje im uważności, żeby doceniać ogrom wspaniałości, które zdarzają się każdego dnia. Paradoksalnie, te braki tworzymy my – dorośli. Zanim się zorientujemy, że to dziecko jest naszym przewodnikiem i w sumie podążając za jego pragnieniami nie tylko nie krzywdzimy nikogo, ale także rozwijamy kreatywność, często jest trochę „za późno”, bo kilka spraw, kilka lęków, pretensji i braków już trzeba „przepracować”, omówić, poczuć, uspokoić. Dzieciaki przychodzą do nas tak bezbłędnie szczęśliwe i kompletne, jak je kochamy, gdy są w brzuchu i najbardziej ze wszystkich „gadżetów” współczesności potrzebują bycia blisko i w zgodzie.

Nie zostajemy rodzicami po to, żeby zaraz po urodzeniu dziecka lecieć w kosmos.

Nie zostajemy rodzicami po to, żeby zaraz po urodzeniu dziecka lecieć w kosmos, zdobywać Mount Everest czy siedzieć w korpo biurze od rana do nocy. Zostajemy rodzicami, żeby narodzić się na nowo. To nasza druga (lub któraś) szansa. Nasze przebudzenie i spokój serca. Wykorzystując tę szansę tak, jak potrzebuje tego zależne od nas, a jednak kompletne i kompetentne stworzenie, dajemy sobie oddech i siłę na lot najnowocześniejszą rakietą, odkrywanie nowych szczytów czy awans w firmie. W odpowiednim czasie.

To trochę jak krok wstecz, a jednak do przodu. To sztuka czucia priorytetu, który zawsze jest jeden. W przypadku bycia rodzicem i interakcji z dzieckiem, szczególnie tym, które już zaczęło stwarzać „problemy”, to więcej niż wszelkie zawodowe sukcesy i dobra materialne. Pod warunkiem, że czujemy z czym, kim i gdzie nam dobrze. Gdy punktem wyjścia jest czucie (czyli miłość), powodzenie to tylko kwestia czasu.

Im lepiej i głębiej czujemy, tym szybciej cel się zdarza.

Im więcej czasu cierpliwie poświęcamy dziecku, tym bezpieczniej czuje się ono bez nas. Im mniej je obwiniamy, tym bardziej samodzielne i pewne siebie się staje. Gdy konsekwentnie odpowiadamy miłością, także, gdy przed jej wyznaniem, jest czas na poważne debaty i wymianę argumentów, wzmacniamy poczucie własnej wartości i miłość do świata. Przyznacie, że to kusząca propozycja.


Leave a comment