Przestań się bać. Czegokolwiek.

22 marca 2019

Dobry tekst dla Ciebie.

22 marca 2019

Potrzebuję minerału. Potrzebuję takiego kamienia, który zgodnie z moim znakiem zodiaku, ochroni mnie przed utratą energii. Każda wyprawa do tak zwanego miasta, do wielkiego świata, to duży ubytek. Nie lubię mieć ubytków.

To, co przez całe życie było obsesją kontrolowania wszystkiego…, a może nie obsesją …, to co w wieku 36 lat zdefiniowałam jako bycie „control freak’iem”, okazuje się być fenomenalną uważnością. Kiedy ta uważność…, a ona równa się też bardzo wysoka wibracja, no więc kiedy ta uważność emanuje ze mnie na wszystkie strony, czuję się po tym bardzo zmęczona. I wcale nie chodzi o budowanie jakichś barier, czy murów. Chodzi po prostu o to, że pewnych rzeczy fajnie byłoby nie musieć kontrolować, a ja nie chcę musieć kontrolować mojego dzielenia się dobrą energią, wysoką wibracją i wcale nie chcę przestawać inspirować. Dlatego potrzebny mi jest minerał. Ametyst? Kryształ górski? Sprawdzę.

Świadomość równa się początek odkodowania.

Na razie minerału nie mam, więc bywam zmęczona. Radzę sobie z tym coraz lepiej, bo wiem dlaczego tak się dzieje. Świadomość równa się początek odkodowania. Dlatego dziś prosto z „fabryki fejmu” w dużym mieście, pojechałam do lasu. To nie taki zwykły las, to uzdrowisko. I choćby mnie bardzo denerwowały tłumy w weekendy właśnie w tym uzdrowisku, to ja czuję tu moją własną, intymną, osobistą wibrację. Nie przeszkadzają mi seniorzy ze swoimi dziwnościami, rozkrzyczane, obce dzieci, przewrażliwione, nadopiekuńcze matki… To wszystko, de facto, nie ma znaczenia, a wymienione epitety są jedynie moją oceną. Decyduję się zatem na jej brak. Tej oceny. 

Jadę na desce i mijam … własne myśli.

Podjeżdżam pod Hugonówkę czyli Dom Kultury w Konstancinie, parkuję, bo miejsca na parkingu są wolne. Park prawie pusty, więc idealnie – tak, jak lubię. Spokój. Zakładam czapkę (niewidkę), bo choć słońce i wiosna, to przecież bywam zmarzluchem (tego jeszcze nie przerobiłam do końca medytacją, ani oddechami), wyjmuję z bagażnika longboard. Zabieram tylko kilka potrzebnych rzeczy i jadę. Po prostu. Jaram się tym uczuciem maksymalnie. Mam 36 lat, w listopadzie skończę 37, mój syn we wrześniu zaczyna szkołę, a ja zamiast siedzieć przy biurku „jak przykładna matka”, jeżdżę na deskorolce. Widzę wszystko to, co jest wokół… I tyle. Nie oceniam. Jadę na desce i mijam … własne myśli. Myśl o kolesiu, który wyjeżdżając z parkingu wyrzucił niedopałek papierosa przez okno fury… Zdeptałam żar… Nie lubię papierosów. Jadę dalej. Myśl o samochodzie na ostródzkich blachach przy willi w budowie … Myśl – „Wow, willa w Konstancinie, ma ktoś hajs…”

„Przepraszam, gdzie jest kościół? Ten czerwony taki…” słyszę.

Pyta miły pan, obok stoi chyba żona. Naprawdę miły ten pan. To widać, to czuć… Wiem gdzie jest kościół, nie wiem gdzie klinika chirurgii, do której chce de facto ten miły pan dojść, a zna drogę od tego kościoła. Uśmiech od ucha do ucha. I jego. I jej. I mój. Idealnie. Oni idą we wskazanym przeze mnie kierunku. Jadę dalej. 

…jeden duży wchodzi na drugiego i go … dziobie.

Słyszę łomot…, a dokładnie łopot. Skrzydeł. Łabędzie wkręciły się we wiosnę i najpierw się gonią, robiąc mega raban i lewitując nad powierzchnią wody, a po chwili jeden duży wchodzi na drugiego i go … dziobie. No co!? No dziobem go dziobie. Ojej, ale że ten na dole to znosi. Ten na górze nie zna litości – depcze i dziobie, dziobie i depcze. Trzeci łabędź, widocznie młodszy, zostawia „starych” w tym przedziwnym rytuale… Odpływa. Odjeżdżam i ja. 

Czuję jak męczy mi się prawy czworogłowy uda „ups, przydałby się trening, a nie takie sporadyczne przejażdżki” myślę. I ta myśl też za chwilę przemija… Jak obłok. Jak pociąg. Jak dobrze odepchnięty longboard.

Nie chcę nic więcej wiedzieć, myśleć, ani widzieć.

Podjeżdżam do sklepu. Przed wejściem, kątem oka widzę wysokiego mężczyznę ubranego na czarno… Grzebie sobie ręką gdzieś… Nie patrzę dalej… Nie myślę dalej… Nie chcę nic więcej wiedzieć, myśleć, ani widzieć. Mam ochotę na batona Bajecznego. To wiem. Wchodzę do sklepu. Uwielbiam ten sklepik na rogu. Pana z wąsami przy kasie, który pamięta ceny i wstukuje cyferki, pana z płaskim nosem na drabinie, który naprawia część kasetonów, czy jak to się nazywa (taki duży gruby kwadrat w suficie)… On tak je naprawia, że nie wiem jakim cudem nic nie spada na głowy klientów. 

Pan w czarnym płaszczu też przyszedł na zakupy… „…3 jogurty za 3,40, 6 kefirów za 4,40, ser za 3,80 …” – o wow, ale recytuje. Na bank jest kosmitą. Hmmmm, nie oceniam, ale patrzę podejrzliwie. Nie obchodzi mnie to kim ten pan jest. Nie chcę dotykać jego rąk. 😉 Hmmmm, a jak on płaci za zakupy przede mną, a pan przy kasie bierze pieniądze z jego rąk, a potem sprawdza jaki batonik wzięłam, żeby nabić na kasę…? Nie sprawdza. Widzi, że to Bajeczny. Ufff. Myśl ulatuje. Pan w czarnym płaszczu wychodzi. 

„A Pani to sama na tej deskorolce jeździ?”

Takie pytanie pada zza kasy. Uśmiecham się, bo przecież widać, że to jednoosobowa deska 😉 …, ale fakt – czasem jeździmy na tej desce we dwoje z Zachariaszem – on siedzi, ja stoję. No wieeem, nie o to pyta wyjątkowo uśmiechnięty pan z wąsem. 

„Taaak, zdarza mi się” uśmiecham się do Pana. 

„No bo wie Pani, chyba sobie Pani nieźle radzi, skoro nie ma Pani ochraniaczy żadnych” 

Ha! Beng! Mega! Jak się jarasz sam sobą, inni też się będą jarać. Niespełna 15 minut po mojej własnej podjarce lajfstajlem, pan z wąsem, który nigdy wcześniej nie chciał ze mną gadać, nie tylko wyraża swój podziw, ale jeszcze mówi, że jak już się nauczę tańczyć na tym longboardzie, to mam przyjść, zawołać go i on mi będzie bił brawo tu pod sklepem. Ha! Podpowiedziałam mu oczywiście, że mogę przyjść zameldować o moim progresie. Rad był bardzo. Ludzie nie są przyzwyczajeni do tego, że się z nimi tak z serca szczerze rozmawia i to bez interesu absolutnie żadnego. Ot tak. Z radości istnienia. 

Bajeczny w kieszeni. Jadę dalej. 

„Piiiibip” trąbi na mnie mała Kia. W niej starszy siwy pan z pomarszczoną żółwią szyją. Odsuwam się na bok. Nieco zdziwiona, bo pan wjeżdża na chodnik…., po chwili na trawę.

„Ej, dlaczego on wjeżdża na trawę?”. Zgrabnie, ale bardzo powoli i uważnie parkuje „kijankę” pomiędzy zakazem wjazdu, a drzewem, na lekko łysym już (zapewne od takiego parkowania) trawniku. Nie ukrywam zdziwienia w spojrzeniu. Akurat mam tu kawałek płaskiej kostki brukowej, więc zostawiam telefon do ładowania w aucie i jeżdżę w tę i z powrotem pod Hugonówką, łypiąc na pana z żółwią szyją. Przy okazji sprawdzam czy nie ma innych miejsc, gdzie możnaby zaparkować taki niewielki pojazd. Otóż są.

…„nie będę się przypierdzielać”…

Dlaczego zatem ten niepozorny pan miał czelność mnie strąbić i wjechać na trawę?! Hmmm, „nie będę się przypierdzielać” – myślę, ale z drugiej strony… W sumie ja też mam styl bycia „outlaw” – nie drukuję bilecików parkingowych pod Lidlem i Biedrą, przejeżdżam czasem na ciemnozielonym świetle… i pewnie jeszcze kilka uchybień by się znalazło. Może ten pan po prostu też tak ma? No więc … hmmm… jadę dalej… , a pan żółw żółwim tempem wysiada z auta…, ogląda swą „kijankę”…, zakłada szalik…, ogląda znowu… Ja na longboardzie robię 5-tą rundę w tę i z powrotem, a starszy siwy pan z pomarszczoną żółwią szyją wciąż jest przy swoim samochodzie zaparkowanym idealnie pomiędzy znakiem zakazu, a drzewem. Na trawniku. 

„Dzień dobry”

„Dzień dobry”

„Dlaczego Pan parkuje na trawie?”

„?”

„Dlaczego Pan parkuje na trawie?”

„Bo tu słoneczko świeci, a auto po zimie zmarznięte. Dużo wilgoci. Niech się ogrzeje…”

„Aaaaaaaaaaacha”

Jadę dalej. Myśl płynie. A ja wystawiam twarz do słońca. Jak ta kijanka. 

Specjalnie nie założyłam dziś okularów przeciwsłonecznych. By dać się porazić.

Sprawdzam czy telefon już ruszył, bo padł totalnie i „wstaje” podłączony do „powerbanka”. Longboard zostawiam na chodniku/brukowej ulicy, 3 metry od auta, wsiadam do Hondy, telefon „wstał”, zaczynam pisać ten tekst. Podjeżdża Straż Miejska. Chwilę stoją. Wysiada strażniczka. Strażnik w środku bacznie mi się przygląda. Myślę sobie „nie no, tym razem nie mam nic na sumieniu”…, ale pewnie wlepią mandat panu z żółwią szyją … za ten trawnik. Ha! A jednak. 

A jednak nie. 

„To Pani?” strażniczka kiwa na mnie wskazując na deskorolkę… 

„No nie!” myślę „dowalają się o deskę? Że tak sobie stoi?” …

„Tak, moja” mówię.

„To OK” odpowiada strażniczka „sprawdzam czy nie niczyja”

Acha. To super. Odjeżdżają. Narka. Serio?

Telefon podładowany. Idę na zupę do Hugonówki. Słońce robi cuda dziś nad głowami. 

I te myśli jak obłoki. Co chwilę inny. Żaden nie zostaje na dłużej taki sam w tym samym miejscu. Cudne. 

P.S. Czasem nawet fajnie jest jak nie mam tego swojego minerału, co to będzie mnie chronić przed ubytkami energii. Ładowanie wtórne bywa magicznie efektywne. 

Leave a comment