Autyzm, ADHD, a może INDYWIDUALIZM czyli nie róbcie z niego debila.

14 maja 2016

Żmija – gatunek suki … czyli hejt jako sens życia.

14 maja 2016

Deski, psiaki i dzieciaki czyli surfstajl dla każdego.

14 maja 2016

Wydaje się Wam, że jestem niezwykle sprawna, wysportowana i właściwie nic innego w życiu nie robię, tylko jeżdżę na jakichś deskach. Do tego bez przerwy się śmieję, żartuję, wykrzykuję „joł joł” i „ale się jaram!”. Myślicie też pewnie, że takie surferskie życie nie jest dla Was, bo nie macie czasu, ani energii na ekstremalne wygibasy. Już Was wyprowadzam z błędu, a raczej błędów.

Otóż, gdybym mogła faktycznie nie robiłabym nic innego, tylko jeździła, pływała, latała na deskach. Mam jednak także obowiązki i choć dążę do tego, żeby mieć coraz więcej obowiązków związanych z deskami, nie jest to łatwe. Ba! Jest bardzo trudne, bo i tak gdziekolwiek bym nie jechała, potrzebuję kogoś do pomocy przy Zachariaszu, gdy ja schodzę na wodę. Nie wykonuję na żadnej desce skomplikowanych ewolucji, bo brakuje mi regularności w treningach. Faktycznie, mimo tego niedosytu, dużo się śmieję i wciągam tzw. surfstajl nosem 😉 Wiecie dlaczego? Bo zamiast żałować, że nie pływam po kilka godzin dziennie na wakeboardzie albo wakeskacie, cieszę się, że wakeparki w Polsce stają się coraz bardziej przyjazne „rajderom” z dziećmi. To już ten czas. My, pokolenie 30-latków, które zaczęło pływać około 5 lat temu, mamy dzieci i wciąż mamy też „zajawkę” czyli chce nam się pielęgnować swoje pasje.

Lidia na wakeskacie - Wake for Friends

Wybierając się nad wodę np. do wakeparku, z małym dzieckiem, nie wystarczy spakować pianki, szortów, kasku, deski i kapoka. Do takiego ekwipunku bierzemy dwa zestawy ubrań dla dziecka na zmianę – pełne zestawy – z butami i bielizną. Nigdy nie wiadomo co przyjdzie do głowy smykowi albo kto go ochlapie wodą. W wielkiej niebieskiej torbie z Ikei mamy też suchy prowiant, obiadek w pojemniku, „piciu”, krem z filtrem, ręczniki, nakrycie głowy, kocyk, piłkę, zabawki do piasku, samochodziki, książeczkę …. My większość tych przedmiotów stale wozimy ze sobą w samochodzie. Wymieniamy na bieżąco to, co się zużywa albo zabrudzi. W ten sposób, pakowanie przebiega za każdym razem sprawnie.

Zwykle mam ze sobą na plaży/na wyciagu kogoś, kto spojrzy na Zachariasza, gdy ja pływam. Ostatnio jednak, bez względu na to z kim przyjechaliśmy, Zac wybiera towarzystwo chłopaków z wyciągu, którzy cierpliwie tłumaczą mu jak działa „karuzela” i ustawiają mego ancymona tak, żeby niczego nie zmalował. Na pewno nie jest to dla nich najprostsza sytuacja, ale ogarniają temat wyśmienicie. Szacun.

Najbardziej lubię takie miejsca, gdzie Zac i ja możemy być sobą, a ja nie stresuję się, że komuś przeszkadzamy. Na przykład w Wake for Friends jest sporo miejsca, jest piach, meble z palet, szklarnia, w której jest ciepło, „robi się” prysznic z ciepłą wodą, łazienka z lustrami… Generalnie infrastruktura jest bardzo ważna, ale najważniejszy jest klimat – przyjazny, bez ciśnienia, dla każdego. Dosłownie.

Nie wyszukuj sobie wymówek. Każdy kiedyś zaczynał, kiedyś nie potrafił i kiedyś mu nie wychodziło. Ku mojemu zaskoczeniu, atmosfera w wakeparkach sprzyja rozwojowi i przełamaniu się. Tam nie ma bananowej ekipy, która nie przyjmuje „nowych”. Nie umiesz? Nauczysz się. Nie rozumiesz? Wytłumaczą Ci. Nie chcesz pływać? Nie pływaj. Spędź miło czas. Z dziećmi, psem, znajomymi. Uwielbiam to, że tam nic nie trzeba, a wszystko można. Zac natomiast kocha szczególnie „element psi” i fakt, że niektórzy przyjeżdżają „na wejka” ze swoimi psami. Jest radość!

Majkel, któremu pływanie w Wake for Friends wyszło za pierwszym razem! Wow! Najlepszy dowód na to, że jak się skupisz i pomyślisz, to ogarniesz bardzo szybko. Jak widać, Majkel zajarany ;)

Majkel, któremu pływanie wyszło za pierwszym razem! Wow! Najlepszy dowód na to, że jak się skupisz i pomyślisz, to ogarniesz bardzo szybko. Jak widać, Majkel zajarany 😉

Wiosną, gdy zaczyna się pływanie, szybko marznę. Po pływaniu zakładam czapkę, grubą bluzę z kapturem, ogrzewam się suszarką, boję się, że skończy się to przeziębieniem. Warto. Pochłaniam potem tony imbiru, miodu i cytryny, a endorfin wystarcza na kilka dni i cały tydzień marzy się o kolejnej sesji na wodzie.

No i najważniejsze. Wakeboard rzeźbi całe ciało. Nie dążę już do skakania z krawędzi, do nowych, trudnych tricków. Delektuję się tym, co potrafię. Mam wyobraźnię, więc wiem jak można się poturbować podczas wyczynowych treningów. Jednocześnie brzuch, nogi, ręce i mnóstwo innych partii mięśni, o których istnieniu nie miałam kiedyś pojęcia, napinają się i pracują wytrwale. Ciało po każdym (także PIERWSZYM ever) treningu na wakeboardzie jest sprężyste i naładowane pozytywną energią. Działa tu zasada, że w zdrowym ciele, zdrowy duch. Druga zasada jest taka, że jak myślisz o „głupotach”, na bank się przewrócisz. Masz myśleć o tym, co robisz. Tu i teraz.

Zac w Wake for Friends

Dlatego, choć często psychicznie przygniata mnie lista codziennych obowiązków i zadań do wykonania i choć każdy wyjazd do wakeparku to logistyczny Mount Everest, szczególnie w chłodny dzień, będę się wspinać na ten szczyt – nie przestanę jeździć i pływać. Każdy ma swój sposób na medytację i oczyszczenie umysłu. Ja potrzebuję aktywności, deski, resetu mózgu. Potrzebuję robić to, co chcę, a nie to, co powinnam. Na szczęście uczę się te dwie dziedziny łączyć, czego sobie i Wam serdecznie życzę.

 

przydatne linki:

Wake for Friends CablePark

Leave a comment