NASZA Finlandia – part 2 – zajawka czy zawieszka

29 września 2014

MAMA TIME = COOL TIME

29 września 2014

czill out duszy (czyt.UMIAR)

29 września 2014
fot. Anna Magdalena Kleszcz

OSZ… Jakie to proste …, a raczej oczywiste. W życiu, we WSZYSTKIM należy zachowywać umiar. Słowo „wszystko” średnio wpisuje się w filozofię życia z UMIAREM, ale jego użycie wydaje się tu uzasadnione. Kumacie? Skumacie 😉 Oto ja – ExtreMAMA,

piszę o czymś, co absolutnie wyklucza ekstrema w codziennym funkcjonowaniu. Staram się pamiętać o tym, żeby skrajności NIGDY (znowu niedozwolone słowo) nie przysłaniały mi zdrowego podejścia, pozytywnego dystansu i racjonalnej oceny sytuacji.

Pewnie, że ekstremalnie kocham swoje dziecko i uwielbiam sporty ekstremalne. Te dwie sprawy ekstremalne być mogą, a nawet powinny. Właśnie dlatego jestem kim jestem. Jednak nawet w wychowaniu mojego ekstremalnie wspaniałego syna i uprawiając ukochane sporty, zachowuję UMIAR właśnie. Tylko wtedy mogę nadal ekstremalnie kręcić się wspaniałością mojej egzystencji ExtreMAMY.

Ale o co mi właściwie chodzi? Nie jest łatwo wyrazić totalny „czill out” duszy 🙂 Mimo przeciwności losu i wielu trudnych życiowych sytuacji, dobrze mi gdy nic NIE MUSZĘ, a każdy mój krok sprawia, że jestem dumna z podejmowanych decyzji. Ha! Ci, którzy wiedzą o mnie wszystko, uśmiechną się teraz pod nosem na myśl o pozornym chaosie emocjonalno-uczuciowym w moim życiu… 😉  <Tak, Orłoś, to do Ciebie;)> Ja nazwałabym to raczej dynamicznym rozwojem wydarzeń, do którego także staram się podchodzić „na czill oucie”. Chcę decydować o sobie i nie zdaję się na ślepy los. Uważam, że pewne sprawy należy dobrze przetrawić, przespać się <?!> z nimi i zobaczyć co z nich wyniknie. Jeśli rezultat nam nie pasuje, proszę bardzo, zmieńmy go. Nic „na hura!”. Nie jest to łatwe dla kogoś, kto zwykle irytuje otoczenie swoim energetycznym i spontanicznymi byciem. Co mi tam. Jednak spróbuję.

Piszę do Was z zachodniego wybrzeża Finlandii, z wioski, w której nie ma nawet sklepu, z domu, w którym jadłam dziś pyszne purée z ziemniaków, schabowego, domowe ciasto i piłam kawę parzoną w żeliwnym imbryczku … Jesień daje się tu odczuć w każdym powiewie i może dlatego jakoś wyjątkowo śpiąco spędzam tu czas. Mam zamiar to zmienić i uciec do miasta. Nie ze strachu czy niepokoju. Taki po prostu jest plan. Tymczasem jestem tu i czerpię ile się da z tej sytuacji, bo wiem, że za chwilę będą tęsknić za trybem SLOWLIFE. Nie wszystko jest tu tak, jakbym chciała, ale nie zaprzątam sobie głowy sprawami, których zmienić nie mogę lub nie potrafię. Nie chcę tracić energii (której aktualnie – jesiennie- nieco mi brakuje), wolę doświadczać. Tak jest dobrze. Poza tym, moje dziecię zdaje się chłonąć ten czill out i dobrze czuje się „na fińskiej wiosce”. Taki umiar lubię, taki syndrom Pollyanny sprawia, że każda chwila ma sens. Szczególnie gdy leżę niczym śnięta z Zachariaszem w ramionach.

 

Zac nauczył mnie postępowania z umiarem, choć z całą pewnością znałam to pojęcie już wcześniej. Mamy to znają – właściwie nie liczy się nic, jeśli nasze dziecko jest zadowolone. Dostrzegamy świat wokół, a jakże, ale nie robimy problemów z niczego… , bo po co?! W końcu to, co dla nas najważniejsze, jest OK. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłyśmy? Ech, świat jest pełen ekstremalnych stanów emocjonalnych i akurat MATKI to szczególna grupa. Mogą wyluzować z dzieckiem w ramionach, ale nie zawsze chcą i … wtedy nie znają umiaru. Dobrze jest znaleźć swoją własną równowagę, nie zmuszać się do niczego, ale tak sobie życie wytłumaczyć, żeby nie czuć, że odpuszczamy. Wręcz przeciwnie, czuć się z tym FANTASTYCZNIE. Tak mam, a jak mi się ekstremalnie coś ubzdura, wskakuję na deskę i trenuję cielesny balans. W końcu W ZDROWYM CIELE, ZDROWY DUCH! hyhy 🙂 Jak się za bardzo rozpędzę, zwalniam – robię sobie taki trening INTERWAŁOWY. Polecam.

Fajnie jest, gdy z jednej strony potrafimy się dostosować, a z drugiej wiemy kiedy powiedzieć STOP, gdy nie jest po naszemu. No i nad wyraz dobrze jest POROZMAWIAĆ. Nie zrozumiem NIGDY dlaczego ludzie ze sobą nie rozmawiają i narzekają, że ktoś sprawia im przykrość. Podziwiam tych, którzy nazywają rzeczy po imieniu, którzy chcą i potrafią wyartykułować swoje potrzeby i odczucia. To nie jest łatwe nawet dla takiej gaduły jak ja. Uczę się tego, choć w pewnych kręgach od dawna uchodzę za osobę, która się „nie szczypie” i mówi wszystko „prosto z mostu”. Niezmiernie mi dobrze, gdy osoba, z którą spędzam czas wie, że nie ma między nami niedomówień, ani zbędnego ciśnienia. To sprawia, że atmosfera robi się intymna i niemal wzruszająca. A gdy do umiaru, do umiejętnego wyrażania emocji, dochodzi szczerość i ciepło, robi się po prostu pięknie.

 

Taka jest relacja Zachariasza i moja. Tak mam z Przyjaciółką. Nad takimi relacjami pracuję i kręci mnie to bardzo. Nie mam wielu przyjaciół, choć wielu ludziom wydaje się, że mnie znają. Nie otwieram się na każdym kroku przed wszystkimi, choć uchodzę za ekshibicjonistkę w 100%. Życzę Wam tego <nie ekshibicjonizmu, a świadomości relacji>. Umiaru nie kupuje się w sklepie, nie dostaje się go w prezencie, ale można go sobie wypracować. Lubię upadać i się podnosić, żeby poszukać umiaru w jakiejś nowej sytuacji. Raz jest mi łatwo, kiedy indziej podchodzę do danej sytuacji kilka razy. Nauczyłam się ENDŻOJOWAĆ moje życie, choć wciąż nad nim pracuję. Nie chcę już, żeby WSZYSCY mnie lubili, wystarczy mi, że dobrze mi ze sobą i nie krzywdzę ważnych dla mnie ludzi. Wtedy im też jest dobrze. I to jest extra. Right?

1 comment

Leave a comment