Pterodaktyle czyli historia mutacji motyli brzusznych.

31 sierpnia 2016

Patchwork family – układanka idealna czy zło konieczne

31 sierpnia 2016

BORN TO BE A CELEBRITY – dzieciństwo w blasku flesza

31 sierpnia 2016

Historia lansu Extremamy i Zachariasza czyli jak to się stało, że bycie mamą … celebryty to mój zawód. Trochę też o tym, że dzieci-gwiazdy to wciąż dzieci. Ha!

„Zabierasz mu dzieciństwo!”, „Już on ci powie co o tym myśli jak trochę podrośnie…”, „Po co wrzucać tyle zdjęć dziecka do sieci?!”… Te i wiele innych zarzutów co jakiś czas wysyłacie pod mój adres. Biorę to na klatę, jak to się potocznie mawia. Wiem, co robię. Nie planowałam tego, ale tak jest dobrze.

Kiedy zaszłam w ciążę, a w telewizji od lat pracowałam na umowę o dzieło, współpraca z portalem Siostra Ania i realizowanie vloga o ciąży i dziecku pozwoliło mi mieć spokojną głowę i stałe zarobki. Sama decydowałam o czym mówię, co filmuję czyli jak bardzo dzielę się z Wami moją prywatnością. Nie zastanawiałam się nad tym szczegółowo, nie opracowałam procentowo poziomu ekshibicjonizmu. Działałam i działam intuicyjnie. Chcę być wiarygodna, a jednocześnie rzetelna.

Vlogowanie przychodzi mi naturalnie. Całe swoje dorosłe życie pracuję z kamerą. Kręcę, gadam, montuję, śmieję się sama z siebie. Zac stał się częścią tego świata jeszcze w moim brzuchu. W ogóle będąc w brzuchu doświadczył sporo. Lataliśmy samolotem, pracowaliśmy w telewizji, prowadziliśmy programy „na żywo” i mecze podczas EURO 2012. Wtedy byłam już prawie w 9-ym miesiącu ciąży, więc moja dzidzia słyszała owacje na poznańskiej arenie dosyć wyraźnie. Dzięki pomocy przyjaciół, vlogowanie szło gładko i udało się nam sfilmować ładne historie nawet na porodówce i w drodze na nią. Zac jako Zac, a nie „piłka w brzuchu” po raz pierwszy został sfilmowany kilka sekund po łaskawym (12h porodu naturalnego) opuszczeniu mego łona. Od tamtej pory obiektyw nie spuszcza z niego swego czujnego szkiełka.

Nie potrafię i nie chcę inaczej. W dużej mierze jest tak dlatego, że często jesteśmy sami, a ja mam potrzebę dzielenia się radością i naszymi sukcesami. Najbliższa rodzina jest daleko, więc od chęci zapewnienia ciągłości informacji wziął się nasz lans. O tym, że to zjawisko nie nosi znamion grzechu pisałam w poście o cnotliwym lansowaniu się i tu też odróżniam lans od szpanu. Poczytajcie. Każdy rodzic wpada w zachwyt własną latoroślą, ale nie każdy dzieli się tym z całym światem. To sprawa indywidualna.

Mój syn od początku widział jak pracuję – z małą kamerą, z aparatem, z ekipą telewizyjną. Patrzył jak wizażystka robi mi makijaż, a fryzjer układa włosy. Od pierwszych miesięcy odwiedzał studio telewizyjne i raczkował przy kamerowych statywach. Nie zawsze było łatwo i nie zawsze podobało się to moim współpracownikom. Dziękuję tym, którzy przetrwali. Dzięki nim Zac zanim zapamiętał co to jest pomidor, wiedział czym jest kamera. Taki realioznawczy mezalians. Nie żałuję.

Dziś Zac ma 4 lata i choć, jak wiecie, ma opóźnioną mowę, jest wyjątkowo otwartym dzieckiem i potrafi się świetnie komunikować. Dzięki swoim słabościom, lepiej poznaje swoje mocne strony, a ma ich mnóstwo. Po pierwsze obezwładnia spojrzeniem. Po drugie uwodzi blond grzywą (Żeby było jasne – jedno i drugie syneczek ma po mamusi. Serio.) Jest wysoki i sprawny fizycznie. Nie boi się upadać, z chęcią wstaje. Nie zraża go, gdy ktoś, kto go nie rozumie, odwraca się w drugą stronę. Zac uparcie dąży do zakomunikowania danej osobie czegoś ważnego. Jeśli to nie jest aż takie ważne, potrafi machnąć ręką i zająć się czymś innym. Zac tańczy i śpiewa. Nie potrafi przejść obojętnie, gdy słyszy melodię. Zawsze wtedy rusza się do rytmu i sprawdza czy ja też słyszę. Śmieje się jak szalony i wygłupia. No właśnie. Stworzyłam potworzastego zgrywusa. Zac ma piekielne poczucie humoru i rzadko ma dosyć żąrtów. To na bank nie tylko po mnie, ale też po kilku znajomych wujkach. Mam wrażenie, że poziom jego nieznośnego „robienia sobie jaj” ze wszystkiego i wszystkich kiedyś będzie odbijał mi się czkawką. Na razie się tym cieszę.

Zachariasz chętnie zgłasza się jako pierwszy, chętnie wchodzi na scenę i chwyta za mikrofon. Kłania się i prosi o brawa. Wchodząc do pomieszczenia wita się z każdym, a gdy wychodzi grzecznie macha na do widzenia. Ma ochotę sprawdzać wszystko, co zauważy. Nie boi się nowych ludzi i nikogo nie skreśla na starcie. W studiu fotograficznym sprawdza czy aparaty są na pewno włączone i czy dobrze wybrano kadr 😉 Poinformowany o tym co będzie się po kolei działo, zgadza się na ustalony harmonogram, choć często wprowadza swoje elementy np. bujanie na studyjnym drewnianym koniku. Normalne. Nie ma w tym nic zdrożnego. Każdy robi to, co lubi.

W wychowywaniu Zachariasza najczęściej zadaję sobie pytanie „dlaczego nie?” oraz „czy sprawia to przyjemność mojemu dziecku?”. Staram się nie zapominać o sobie, więc pytam o to też siebie. Często okazuje się, że nie ma powodu, żeby z czegoś rezygnować albo wręcz przeciwnie, nie ma żadnych powodów, żeby na siłę coś robić, jeśli wymaga to za dużo stresu lub czasu. A nasz czas jest cenny. Szczególnie ten spędzany wspólnie. Niejednokrotnie zdarzało się, wbrew temu jak to czasem na zewnątrz wygląda, że przeleżeliśmy cały dzień w łóżku oglądając bajki i książeczki, bo akurat nie mieliśmy humoru albo zdrowia na żadną wyprawę, ani lans. Zwykle raczej nas „nosi”, więc zużywamy tę energię, co przekłada się na mnóstwo nowych zdjęć, kadrów, pomysłów, znajomości.

Jestem dumna z Zachariasza, że mimo braków, słabości, strachu i ograniczeń, rośnie na wrażliwego i troskliwego indywidualistę. Już dziś wie i „mówi” czego mu trzeba. Zgodnie z filozofią „dlaczego nie?”, podążam za nim. Wchodzę za nim do studia fotograficznego, biegam za nim podczas sesji foto ze szczotką do włosów, bo w ferworze popisów, zdążył się model spocić. Pokazuję mu jak działa aparat fotograficzny i pozwalam cykać fotki w duszy prosząc opatrzność, żeby został raczej operatorem, niż „telewizyjną gębą”. Idąc za nim, jestem szczęśliwa.

Przed nami zapewne m.in. zajęcia judo, taneczne, deskorolkowe przedszkole i zajęcia na trampolinach. Wszędzie będziemy z aparatem i kamerą. Inaczej już się nie da, no i inaczej nie chcemy. Rysując portret rodzinny Zac z pewnością dorysowałby mi aparat albo chociaż smartfona w ręku. Tak żyjemy. Jeśli kiedyś mój syn powie „Mamo, skończmy już ten cyrk, nie cykaj mi więcej fotek”, porozmawiam z nim i uszanuję jego wolę. Ha! Wtedy w końcu założę bloga o byciu extre-lalą 😉 A tak serio, nic nie jest na zawsze i warto brać pod uwagę różne ewentualności. Ja biorę pod uwagę potencjał mojego dziecka i pozwalam mu sprawdzać się w nowych sytuacjach nie trzymając go kurczowo za rękę. Coraz częściej się wyrywa, choć na szczęście sam wraca.

Ze smutkiem patrzę na te dzieciaki, które rodzice przyciągają na castingi bez żadnych konkretnych powodów. Niedawno widziałam nastoletnią dziewczynkę. Dobrze jej z oczu patrzyło, ale buzia pełna pryszczy, włosy rozczochrane, wzrok spuszczony … Pani z agencji stanęła przed drzwiami studia i zapytała „kto nstępny?” Dziewczę wypchnęło swoją młodszą siostrę mówiąc „ty idź pierwsza”, siostra odpowiedziała „nieee, ty idź” … Poszła starsza… Totalna pomyłka. Nie ten czas. Nie ten typ. Przyznaję, że można dziecko skrzywdzić swoimi niezaspokojonymi ambicjami lub nieświadomością „z czym to się je”. I tu znowu na pomoc przychodzą intuicja i obserwacja. Każde dziecko zakomunikuje nam kiedy jest mu dobrze, a kiedy czeka na koniec danego zdarzenia z utęsknieniem. Nawet, lub przede wszystkim, niemowlę jest w stanie jednoznacznie przekazać rodzicom „zabierzcie mnie stąd, do cholery!”.

Przed każdym spotkaniem z nowymi ludźmi, wyprawą, zadaniem, opowiadam Zachariaszowi co będzie się działo. Nie eksponuję go na traumatyczne zdarzenia, więc sama szczerze się cieszę, że dokądś zmierzamy. Mój syn to rozumie, wczuwa się w emocje, widzi radość na mojej twarzy i natychmiast też się cieszy. To niewiarygodnie uskrzydlający widok – Zac machający nogami ze zniecierpliwienia – kiedy TO w końcu nastąpi – kiedy wejdzie do studia, kiedy powie „Heeeeej!”, kiedy prześle buziaka, przybije piątkę i żółwika, kiedy spojrzy prosto w obiektyw… Jest niecierpliwy, po mamusi. Uwielbiam w nim tę naiwność i przekonanie, że za chwilę wydarzy się coś absolutnie bezcennego. Zaraża mnie swoim entuzjazmem. To działa w obie strony.

Nie wiem kim zostanie Zachariasz. Nie mam pojęcia czy wykorzysta swoje poczucie rytmu, miłość do muzyki, a może zainteresowanie sprzętem elektronicznym… Lubi samochody i nie boi się prędkości. Ma respekt przed wysokością. Nie za bardzo kręcą go deski, woli rower. Uwielbia akrobacje, zapasy i podskoki… Rejestruję te wszystkie talenty, zamiłowania, pamiętam co już się znudziło, a co dopiero kiełkuje…

Wykiełkował mi tymczasem przepiękny mały wielki człowiek, w którym suma wszystkich doskonale niedoskonałych cech świadczy o jego niesamowitości (jest takie słowo?!). W zgodzie ze mną samą i zachariaszową życiową radością jest dzielenie się z Wami tym, co w nas najlepsze. Cieszymy się doświadczając aprobaty otoczenia, fotografów, selekcjonerów na castingu, ale to nie oni świadczą o nas i naszej wartości. To nie liczba wygranych castingów czy suma zarobionych w reklamach złotówek ma znaczenie. Wygrywam uśmiech mojego dziecka. Za tym drogowskazem idę dalej.

2 comments

  1. Lidko podziwiam Twoją odwagę i radość życia ? i Twoją extrematkowość? Zac ma z kogo czerpać wzorce…. Sama przecież napisałaś: ” moje lustrzane odbicie” ? ja jako czytelniczka Twoich postów mogę tylko podziękować za interesującą i inspirujące lekturę oraz prosić o więcej… bo jakoś tak łatwiej i przyjemniej kroczy się z Tobą przez te mamine meandry ? pozdrawiam Was serdecznie. MAMA 4-miesiecznej córci

  2. Lidka, kolejne mądre i piękne słowa. Czytam zawsze z niecierpliwością i uśmiechem. Też jestem mamą. W Twoich spostrzeżeniach odnajduję też moją ukochaną codzienność, ale dzięki Tobie myślę żeby nigdy tych najważniejszych drobiazgów nie stracić z oczu, życia. Dziękuję?

Leave a comment