20 godzin z życia "półtora podróżnika" x2

15 grudnia 2013

Co powie TATA?

15 grudnia 2013

Alpejski sen czyli dziecko na włoskim stoku

15 grudnia 2013

Tego też nie zaplanowałam. To nawet zabawne. Zapisuję setki karteczek sprawunkami i planami, a koniec końców i tak jest fristajl:) Dzieje się tak, bo pewnych okoliczności nie da się przewidzieć – inny kraj, kultura, możliwości lub udogodnienia to jedno, a natura dziecka to drugie… Możnaby tu nic nie dodawać i większość z Was dopowiedziałaby sobie sama … – humory, marudzenie, płacz, zmiany pieluchy … Otóż gdybym chciała mieć łatwe życie, nie miałabym dziecka:) A tak, Zac i ja sprawdzamy się w różnych warunkach i zdecydowanie jego natura, temperament lub humor danego dnia są wyznacznikiem naszego rozkładu jazdy. W to mi graj! Przynajmniej sama nie muszę tego rozkminiać!:) Zatem nie zaplanowałam pobytu z Zachariaszem na stoku. Poszłam na żywioł i wyszło całkiem nieźle. Ba! Wyszło bardzo dobrze, choć jak zwykle wydaje mi się, że kilka sytuacji mogłam rozegrać inaczej. Uczymy się przez całe życie.

W Livigno chodzi się lub jeździ na Carosello3000, na stok Costaccia lub Mottolino. To główne kierunki, w których każdego ranka udają się rajderzy, narciarze, a nawet wielbiciele alpejskiego „melo” na stoku. Sprawdziliśmy warunki we wszystkich trzech miejscach i każde okazało się pod jakimś względem wyjątkowe. Zac i ja codziennie byliśmy razem w górach i codziennie brałam pod uwagę to, że być może nie uda mi się pojeździć. Brałam też dechę…, gdyby jednak się udało:) Udało się! 4 razy po 2 godziny! Czad! 
Pojechałam do Livigno z ekipą, ale bez konkretnej osoby, która miałaby pomagać mi przy Z lub pilnować go, gdy ja jeżdżę. W takich przypadkach doskonale sprawdzają się ci, którzy po prostu z racji więzów krwi, zwyczajnie nie powinni odmówić. Rodzina. Tu pojawiła się ważna rola dla Kristoffera – biologicznego ojca Zachariasza. Nie wnikając w szczegóły i przyczyny mojej na niego alergii, ważne jest to, żeby Zac znał swoje korzenie, stąd będę się starała o relację Z i K dbać. Dlatego Kristoffer przyjechał do Livigno i zostawał z Z, gdy ja jeździłam, filmowałam Hangloose w akcji itp. Bardzo mu dziękuję za pomoc. Myślę, że choć Zac większość czasu spędzonego z nim przespał, dla K było to ważne doświadczenie. Wracając jednak do istoty sprawy…, uwielbiałam te chwile z Zachariaszem na stokach. Choć jeździło się bajecznie, właśnie te momenty w schroniskach uważam za istotę naszego pobytu w Livigno. 

Carosello3000

Carosello3000

Carosello3000

Po pierwsze Carosello3000 – gondole małe, nie wzięłam na górę naszego ogromnego wózka, ale „na upartego” by wszedł. Na górze słoneczko! Wypas! Bar duuuuży, rano nie ma tłoku. Zac padł jakoś bardzo nagle… Położyłam go na stole i czekałam aż się obudzi. Piłam kawę … (Gdy po nią poszłam, mego brzdąca sumiennie pilnowały dwie panie kelnerki stojąc w pozie godnej prawdziwego ochroniarza:)) Walczyłam z WiFi – bo niby jest, a znika. W końcu zmyło się na dobre:( Zac spał na stole prawie 2 godziny! W tym czasie w barze zrobiło się nieco głośniej, jednak te hałasy nie przeszkadzały mu. Gdy mój książę otworzył swe oczęta, poszliśmy posmakować włoskiej, alpejskiej zimy. Był to pierwszy dzień pobytu. Wszystko było nowe, ciekawe, fajne:) Zac rok temu widział śnieg, ale dopiero tej zimy jest na tyle duży, żeby to dobrodziejstwo natury docenić. W Livigno potrzebował chwili, żeby się z tą lodowatą, mokrą bielą oswoić. Mnie trochę niepokoił fakt, że Zachariasz absolutnie odmawiał założenia rękawiczek. Na chwilę mi się udało, ale to tylko na chwilę zaiste. Trudno. Wyszłam, więc z założenia, że to facet i dopóki nie zamarza, nie będę mu zrzędzić. A na górze, w słońcu nie było bardzo zimno. Na Carosello jest nieco przestrzeni z boku stoku – można „pofocić” na tle alpejskiego krajobrazu, co to jak fototapeta wygląda, można pozjeżdżać na pupie lub na desce np. na siedząco z dzieckiem na rękach… Można, można, można … 🙂 Jest extra. 

Costaccia

Kolejny dzień to wyprawa na stok Costaccia. Gondola, wózek, Kristoffer… Tu bar jest mniejszy i jeśli dzidzia śpi, spokojniej jej będzie na zewnątrz. Po sesyjce zabawy śnieżno-deskowej, Zac zasnął. Wezwałam więc K, co by porzucił swe snowboardowe pląsy na rzecz moich! Jakże byłam podekscytowana!!!! Tego się nie da opisać! Przebierałam nogami, serce biło mi jak szalone, ręce się trzęsły… Tak, to uzależnienie. Od sportu, aktywności, adrenaliny, zakwasów… Mistrz! Jeździłam 2 godziny. Spoglądałam co chwilę na telefon. Kristoffer wykonywał polecenia:) Gdy „kokon” w wózku się poruszył, K bujał go nieco, pojeździł i znowu dziecię smacznie spało. Gdy do nich wróciłam, Zac jeszcze ani myślał się budzić, a Kri przywitał mnie z ulgą i znudzonym głosem:”chwilami już marzyłem, żeby się obudził”. Phi!;) Ojciec poszedł jeździć, a ja delektowałam się uczuciem zmęczonych mięśni. Krótko. Zac za chwilę się obudził, więc w miarę sprawnie zebraliśmy się ze stoku gondolą na dół. Zwykle do kogoś się doczepialiśmy… Ekipa Hangloose jeździła w podgrupach, dlatego czasem udawało się któregoś „wujka” wykorzystać do pomocy:) Aaaa, na tym stoku WiFi w moim telefonie nie działało nic, a nic! Ochyda!

Mottolino

Mottolino

No i MOTTOLINO <3 Tak, to miejsce kupiło mnie na maxa i to niemal natychmiast. Wielki bar, rano pusty, więc można się poczuć gospodarzem, przemili „łypiący” barmani, no i WiFi! Tak, to ważne! Skoro mam Wam relacjonować nasze hangloose’owe poczynania, potrzebuję sprawnego neta. Na Mottolino jest. Tylko na górze, ale co z tego, skoro na górze jest także taras idealnie zorientowany do słońca!? 🙂 Wypas! Zatem to tu spędziliśmy większość czasu. Te idealne warunki trochę mnie rozleniwiły… Nie musiałam gonić Zachariasza po stoku, nie martwiłam się, że ktoś w niego wjedzie… Pełen czill. Wrzucałam więc na bieżąco urlopowe foteczki, co by skusić Was na naszą wiosenną wyprawę w to miejsce, podczas gdy Zac … sprzątał! Tak, miotły, zmiotki, mopy, szufelki … – jeśli wierzyć w to, że dziecko sumiennie naśladuje rodziców, niezły ze mnie maniak sprzątania;) Zawsze wypatrzy gdzie takie przydatne sprzęty stoją i natychmiast bierze się do pracy. Taras Mottolino zamiatał codziennie. 

We wszystkich schroniskach serwuje się pyszne BOMBARDINO, tudzież inne ciepłe napoje, „takie se” ciacha i całkiem wporzo kanapki. Generalnie „haj lajf” na maxa! I o to chodziło, bo przecież po cóż innego jechać na wakacje?! Ja Zachariaszowi przygotowywałam jaglankę i zabierałam ze sobą obiadki w słoiczkach – wygodnie i zdrowo! Dziecię nie narzekało, choć do czekoladowego tortu i kawy dobierało się z werwą:) 
Zdecydowanie dobrze jest spędzać dzień na jednym stoku, nie przenosić się w ciągu dnia. Po prostu, szkoda na to czasu. Jeśli jednak ktoś się uprze, jest to możliwe i to całkiem sprawnie. Po Livigno  jeżdżą darmowe autobusy. Ze stoku na stok, do centrum, pod hotel… Bądź tu jednak Polaku mądry i zrozum co Włoch jeden z drugim mieli na myśli nazywając przystanki!!! WTF?! Może będąc w Livigno po raz 3-ci to ogarnę… Tym razem jeździłam „na czuja”:) Nie raz przejechałam autobusem dookoła całego miasteczka:) Luz! To przecież urlop! 

Wrócimy tam – wiosną moje dziecko dostanie w Alpach dechę i co nieco nam/Wam pokaże!

P.S. A stoki? same w sobie…? Luuudzie! Toż to Alpy! 😀
P.S.S. Przewijaki są 🙂

FOTY są TU!
Filmiki będą TU!
Event na FB jest TU!

4 comments

  1. Bardzo inspirujący ten wpis.. chciałabym być mamą, może już latem:) i bardzo chciałabym być fajną matką! Ty jesteś:)

    1. http://www.lidiapiechota.pl/2013/02/fenomen-jaglanki.html

      kaszę przelewasz wrzątkiem najpierw

      potem wrzucasz do gotującej się wody z odrobina oliwy z oliwek- proporcje wody do kaszy 2:1 chyba, ze chcesz, żeby sie skleiło nieco:)

      Przykrywasz, nie mieszasz, nie ruszasz. Namaczasz rodzynki lub inne suszone owoce. Wrzucasz jak są namoczone, ciachasz, jeśli sa za duże… 🙂 Kroisz drobno jabłko albo ścierasz je na grubej tarce i wrzucasz. Ja dorzucam jeszcze nasiona siemienia lnianego, słonecznik łuskany. Doprawiam szczypta cynamonu. Albo dwiema 🙂

      Generalnie dorzucasz to, co lubisz. Mieszasz. Przykrywasz i czekasz aż wsiąknie całą wodę.

      Polewasz miodem, syropem klonowym, agawowym lub czym chcesz 🙂 Voila!

Leave a comment